Kamil Łysik - wywiad - mrok Hannowaldu

Śladami mrocznych sekretów: rozmowa z Kamilem Łysikiem, Autorem „Mroku Hannowaldu”


„Mrok Hannowaldu” będzie miał swoją premierę 11 marca br. Autor, Kamil Łysik przenosi czytelnika w malownicze zakątki Tarnowskich Gór Rybnej, gdzie tajemnicze wydarzenia splatają się z historią tego niepozornego miejsca. Rozmawiałam z Autorem o inspiracjach, wyzwaniach i lokalnej kulturze, która stanowi istotną część jego twórczości przedstawionej w powieści. Zapraszam do lektury!


[Zaczytany Książkoholik] Czy to, że mieszka Pan nieopodal Hannowaldu miało kluczowe znaczenie, że akcja powieści „Mrok Hannowaldu” dzieje się w Tarnowskich Górach Rybnej?
[Kamil Łysik] Tak. Moje zainteresowania skupiają się wokół tego, co lokalne. Interesuje mnie historia miejsca, w którym mieszkam, z którym jestem związany emocjonalnie oraz, co zapewne nie jest bez znaczenia, miejsca, z którego wyrastam, w którym tkwią moje wielopokoleniowe korzenie. Odkrywam więc przeszłość Rybnej, ludzi niegdyś tu mieszkających, symbolikę miejsc – wszystko, co tworzy genius loci.

[ZK] Jakie wyzwania napotkał Pan, łącząc wątek kryminalny z historią miejsca?
[KŁ] Warstwa historyczna „Mroku Hannowaldu” jest w 95% prawdziwa. Pokazuje faktyczną historię ostatnich właścicieli pałacu w Rybnej, rodu von Koschützkich. Brakujące 5% wprowadziłem w celu dodania opowieści wigoru, ale to drobnostka, która nie wypacza historii. Natomiast wątek kryminalny, czyli warstwa współczesna „Mroku” był dla mnie wyzwaniem sam w sobie, w całości. Użyłem go jako pretekstu do pokazania historii miejsca.

[ZK] Jakie elementy kultury lokalnej chciał Pan włączyć do powieści i dlaczego?
[KŁ] Zależało mi, by w „Mroku Hannowaldu” znalazły się te elementy kultury, które składają się na charakter miejsca: Rybnej, Tarnowskich Gór i szerzej, Górnego Śląska. To przede wszystkim wymierający Górnoślązacy jak moi dziadkowie, ludzie o twardych, spracowanych dłoniach, po dziecięcemu pobożni; posługujący się językiem górnośląskim, liczący, modlący się i przeklinający po niemiecku. Ludzie o specyficznych cechach charakteru, prostolinijni, pokorni, surowi, a jednocześnie weseli jakimś rubasznym i dosadnym dowcipem.
Chciałem też pokazać coś, co jest typowe na Górnym Śląsku, ale już niekoniecznie w Polsce: wielowarstwowość tradycji, którą stworzyło pogranicze, jakim ten region był przez większość swoich dziejów. Także spustoszenie, które poczynił walec historii, w XX wieku przetaczający się tu co chwilę, jak to walec, niewrażliwy na niuanse i odcienie szarości, równający wszystko do jedynie słusznego standardu. Wreszcie chciałem pokazać historię prawdziwą, ale niespisaną, obecną w przekazie ustnym, ale niemal wymarłą.

[ZK] Czy istnieją postacie w Pana książce, które są inspirowane rzeczywistymi osobami z historii Górnego Śląska?
[KŁ] W warstwie historycznej wszystkie postaci są prawdziwe, Richard von Koschützki, jego synowie Egon i Hanno, także dzieci Egona, Waltraud, Anne-Ilse, Christoph. Natomiast warstwa kryminalna, jak już wspomniałem, jest w całości fikcyjna.

[ZK] Którą postać z powieści „Mrok Hannowaldu” lubi Pan najbardziej, dlaczego i za co?
[KŁ] Tworząc je, nad każdą postacią się zastanawiałem, nad charakterem, wyglądem, przyzwyczajeniami, nad tym, na co sam zwracam uwagę, patrząc na drugiego człowieka. Wszystkie postaci są więc niejako moimi dziećmi, które darzę równą sympatią. Nawet powieściowych szwarccharakterów.

[ZK] Jak ważna była dla Pana atmosfera i klimat w tworzeniu tej historii kryminalnej?
[KŁ] Nie mam zbyt wielu doświadczeń z kryminałami, ale mam wrażenie, że w gruncie rzeczy o to właśnie chodzi w tego typu literaturze, o klimat i nastrój. Wydaje się, że w naszych czasach, wygodnych, sytych i podobno bezpiecznych, ludzie potrzebują rozrywki w postaci strachu, grozy, powiedziałbym, kontrolowanej. Czyli takiej, którą, gdy tylko przekroczy akceptowalną dawkę, można w każdej chwili przerwać. Może to właśnie znak naszych czasów? Oczywiście, oprócz atmosfery równie ważna jest tajemnica, zagadka i jej logiczne wytłumaczenie.

[ZK] Jakie odczucia towarzyszyły Panu z chwilą postawienia ostatniej kropki w książce? Jak długo trwał „proces twórczy” i research nad „Mrokiem Hannowaldu”?
[KŁ] Z jednej strony była to ulga, że udało mi się doprowadzić opowieść do końca. A z drugiej strony lęk o to, jak książkę odbiorą czytelnicy. I czy w ogóle ją odbiorą. Bo przecież nie ma książki bez czytelnika.

[ZK] Jak duże znaczenie ma tytuł i okładka książki?
[KŁ] Tytuł w książkach, które czytam, jest dla mnie dość istotny, okładka mniej, choć zwracam uwagę na proste okładki w stylu lat siedemdziesiątych. Natomiast w przypadku „Mroku Hannowaldu”, pierwotnie książkę zatytułowałem „Hannowald”, ale wydawnictwo przekonało mnie do zmiany tytułu.

[ZK] W jaki sposób chciałaby być Pan postrzegany przez swoich Czytelników?
[KŁ] Wolałbym stanąć w cieniu dębów Hannowaldu i w ogóle nie być postrzegany. Będę się natomiast cieszył, jeśli ktoś zechce przeczytać moją książkę.

[ZK] Czy ma Pan jakiś ulubiony cytat lub motto, który inspiruje Pana w trakcie pisania?
[KŁ] Nie mam uniwersalnej złotej myśli. Jako motto „Mroku Hannowaldu” wybrałem zdanie z powieści mojego ulubionego autora, Thomasa Manna „Józef i jego bracia”. Odnosi się ono oczywiście do historii biblijnej, ale wydało mi się trafne również w przypadku opowieści o braciach z Hannowaldu.

[ZK] Co sadzi Pan na temat czytelnictwa w Polsce?
[KŁ] Podobno czytelnictwo w Polsce leży, w przeciwieństwie do Czech, Niemiec, Francji i innych krajów zachodniej Europy. Tak mówią statystyki i chyba coś w tym jest. Wystarczy spojrzeć, jaki procent, albo może promil pasażerów czyta w pociągu lub w autobusie. Ale jest też drugie tego dno, złośliwi mówią, że dziś w Polsce więcej ludzi pisze niż czyta. Jeśli tak jest w istocie, to za sprawą „Mroku Hannowaldu” znalazłem się po stronie większości.

[ZK] Czego w życiu się najbardziej Pan boi?
[KŁ] Boję się, że nie zdążę przygotować się na koniec.

[ZK] Czego życzyłby sobie Pan w nadchodzącym czasie?
[KŁ] Najczęściej życzymy sobie tego, czego mieć nie możemy. Ja życzyłbym sobie świętego spokoju, jakiejś bezludnej wyspy przynajmniej na rok, bez obowiązków, gonitwy, bez telefonu i internetu, za to z pełnym barkiem i wielkim regałem książek z mojej listy pozycji do przeczytania.

Fot. Kamil Łysik
Grafika: Zaczytany Książkoholik


Dodaj komentarz


Czytaj także

Na zakręcie życia

„Na zakręcie życia”, Penny Jordan

Koledzy z firmy architektonicznej doceniają osiągnięcia zawodowe Giselle, ale nie lubią jej i nazywają ją Królową Śniegu. A jednak to właśnie ona wzbudza zainteresowanie Saula Parentiego, nowego szefa. Bogaty, pewny siebie biznesmen próbuje nawiązać z nią bliższą znajomość.


Michał Biarda, Królik w Lunaparku, zaczytanyksiazkoholik.pl

Koniecznie od deski do deski – „Królik w lunaparku” autorstwa Michała Biardy

To powieść, która powinna zaspokoić wymagającego czytelnika obyczajówek, fantastyki czy też young adult. Z okładki patrzy na nas wściekły królik z czerwonymi oczami na tle wesołego miasteczka a Alek Rogoziński wręcz krzyczy „emocjonalny rollercoaster!” O co chodzi z tym królikiem?