Adam Majewski - wywiad - rozmowa - zaczytanyksiazkoholik.pl

Eseistyczna podróż Adama Majewskiego przez Amerykę


Adam Majewski, autor „Ameryka. Esej poetycki”, w rozmowie otwiera drzwi do swojego twórczego świata, gdzie podróże, sport oraz troska o naturę stają się źródłem inspiracji. Wyjątkowy głos w literaturze, który poddaje w wątpliwość powszechnie przyjęte schematy myślenia, a jednocześnie zachęca do refleksji nad rzeczywistością, która nas otacza.


[Zaczytany książkoholik] Skąd pomysł na napisanie „Ameryka. Esej poetycki”? Czy jest jakaś konkretna historia, która zainspirowała Pana do podjęcia się tego rodzaju twórczości?
[Adam Majewski] Ameryka podróżowała za mną od dziecka. Z powodu wyjazdów mojego ojca, który pracował na morzu, miałem możliwość podglądania zagranicy u schyłku PRL. Dokonywało się to za pośrednictwem przywożonych zdjęć, pamiątek, drobnych monet, map w obcych językach. Dochodziły do tego zwyczajne dobra konsumpcyjne, czyli słodycze, ubrania, kasety magnetofonowe. Spośród tych wszystkich przedmiotów i dóbr wydobywał się obraz zachodniego świata, który mógł urosnąć do rangi mitu, ale tak się nie stało. Wraz z prezentami otrzymywałem bezcenne relacje z pierwszej ręki, jak wyglądają ucieczki marynarzy na Zachód i jaki naprawdę jest ten świat z kolorowych pocztówek. Okazało się, że bywa niebezpieczny i ponury, a „wolność” nie jest wcale udziałem ubogich imigrantów z Polski. Nie raz tacy uciekinierzy przychodzili do portów — na zachodniej półkuli na ogół nie są one ogrodzone, jeśli znajdują się w mieście — prosić polskich marynarzy i rybaków o jedzenie lub jakąkolwiek pomoc materialną. To był dysonans poznawczy, bo wszyscy wokół pragnęli upadku komuny i parli w marzeniach na Zachód.
Dzięki ojcu dowiedziałem się także o apartheidzie w RPA, gdzie z grupą białych marynarzy zwiedzał, nieświadomy pewnych zagrożeń, okolice Kapsztadu. Opowiadał mi, że mogło to się skończyć źle — pojechali nad jakieś jezioro, kąpali się, wkrótce zaczęło się ściemniać, a uzgodniony z miejscowym pastorem transport pojawił się w ostatniej chwili, kiedy zaczęli się pojawiać lokalni chuligani ośmieleni późną porą. Jako turysta niejako drugiej kategorii, z kraju socjalistycznego, trafiał dokładnie w linię demarkacyjną społecznych podziałów. Nie był ani uprzywilejowanym, białym Afrykanerem, ani Murzynem niosącym na barkach całe nieszczęście wynikające z niesprawiedliwych, kolonialnych podziałów rasowych. Podobne spostrzeżenia dotyczące rasizmu przywiózł z Argentyny, Urugwaju, Chile i Brazylii, później z Kanady i Alaski, czyli już z mojej literackiej Ameryki, ale nie tej jej części, którą próbowałem przedstawić w zbiorze wierszy.
Pomysł na „Amerykę”, która powinna przybrać formę wręcz filozoficznego traktatu, ostatecznie nazwanego esejem poetyckim, pojawił się około 20 lat temu. Byłem tuż po studiach filologicznych, brylowałem w różnych zawodach związanych z komunikacją społeczną i reklamą. Zaczynało mi doskwierać poczucie niemożności wyrażenia własnego doświadczenia — osobistej prawdy — przy pomocy słów, które są niekiedy narzędziem manipulacji, czasem tworzywem oszustw na szeroką skalę. Kłamstwem jest każda reklama i wszelkie postaci propagandy medialnej, niezależnie od tego, czy jest ona dobra, czy zła. Zaczynałem się zastanawiać, jaka jest natura słowa, skoro służy do takich celów? Odkryłem wtedy ciszę i muzyczność języka, często nieniosącą sensów, jako przeciwwagę dla szumu i kłamstwa języka niektórych ludzi, w szczególności sprzedawców, wszelakiej maści mędrców, koniunkturalnych intelektualistów, polityków, wreszcie dziennikarzy. Uznałem, że niedopowiedzenie, urwanie zdania w połowie, czyli wywołanie efektu ciszy w wierszu, może więcej o mnie powiedzieć, niż rozwlekłe frazy i przegadane utwory. Nie potrafię wdzięczyć się do czytelnika, ale jestem wobec niego bezgranicznie szczery.
Otwierający książkę wiersz „Zamknięte usta Ameryki” miał premierę w TVP Kultura w 2005 roku. Składa się z dwóch części i kilku zwrotek. Dwie z nich są wykropkowane, co oznacza ciszę. Ta cisza jest złowieszcza, bo Matka Ziemia, którą wyobrażałem sobie jako Afroamerykankę — potomkinię niewolników, których krew wsiąkła w amerykańską ziemię — jest karmicielką drzew dających owoce, te zaś „dojrzewają po cichu”. Oczywiście, chodzi tutaj o cierpkie owoce sprawiedliwości, a może gniewu natury, przeciw której wystąpił biały człowiek, grodząc się od czarnoskórych sióstr i braci wydumanymi, pseudonaukowymi podziałami rasowymi. Ten tom burzy wyobrażenie Stanów Zjednoczonych jako oazy wolności i dobrobytu, a pokazuje ten kraj jako rezerwuar kolonialnego dziedzictwa Zachodu.

[ZK] Jakie tematy są dla Pana najbardziej fascynujące lub inspirujące do opisywania w formie esejów? Czy ma Pan ulubiony temat, który zawsze budzi Pana zainteresowanie?
[AM] Moje ulubione dwa tematy — oraz jedyne, po które sięgam od dłuższego czasu — to podróżowanie i sport. Podróżować po prostu lubię, ale zupełnie nie interesują mnie atrakcje turystyczne. Zawsze unikam popularnych szlaków i miejsc, czyniąc z każdej podróży osobistą wędrówkę. Na zaplanowaną trasę nakładam rozmaite lektury, artykuły, reportaże, filmy, później także wiadomości zdobyte w terenie, co pozwala opisywać szerszą perspektywę odwiedzonych miejsc. Czuję, że w ten sposób jestem bliżej prawdy, która nierzadko kłóci się z przewodnikami i opisami na blogach podróżniczych. Lubię zanurzać się w aurze nowych miejsc, a także sięgać po ich kontekst kulturowy, a więc nie jestem konsumującym je turystą.
W szkole podstawowej i liceum trenowałem karate shotokan, po wielu latach próbowałem sił w takich sportach walki jak krav maga. Przez kilka lat intensywnie uprawiałem kolarstwo, co pozwoliło mi znacznie podnieść wydolności organizmu. Pociąga mnie w sporcie zagadnienie wytrzymałości i przesuwania granic ludzkich możliwości, nie tylko sama rywalizacja i dążenie do doskonałości. Fascynuje mnie — co tutaj się wyłania — zarówno przekraczanie granic państwowych, jak i barier biologicznych. Tę fascynację przekładam coraz częściej na język literatury.

[ZK] Jakie są Pana główne cele jako autora esejów? Czy ma Pan jakieś przekonania, czy wartości, które stara się przekazać czytelnikom poprzez swoje eseje?
[AM] Trochę o tym już było w odpowiedzi na pierwsze pytanie, ale to nie wszystko. Bliski jest mi taki sposób życia, w którym zachowuje się pokorę wobec przyrody, nie przeszkadza się jej istnieć, nie zakłóca się jej rytmu. Wiersze w zbiorze „Ameryka” zawierają kilka, moim zdaniem, przejmujących fragmentów, w których wyraża się troska o planetę, a także o nas, jako jej mieszkańców. Nie za bardzo mi leży ekopoetyka oraz inne modne koncepcje, wręcz programy literackie, które są już na pierwszy rzut oka wykreowane i wcale nie wyrastają z osobistego doświadczenia przyrody. Szczególnie mnie śmieszy wtykanie niemal wszędzie terminu antropocen, co zaczęło się jakieś trzy lata temu. Jak widać, wyobraźnię wielu autorów kształtują mody. Pod tym względem jestem outsiderem, bo uważam, że pisać należy tylko wtedy, kiedy wyobraźnia podsuwa coś unikalnego. Dążę do tego, aby każdy utwór czy esej był podparty doświadczeniem, a nie jedynie intuicją czy przekonaniami, które bywają przecież błędne i ze swej natury są zmienne. Dlatego nie używam modnych pojęć i nie popisuję się w swoich tekstach ogładą.

[ZK] Jak wygląda tworzenie esejów?
[AM] Ważnym dla mnie doświadczeniem są podróże. W trakcie wyjazdów często fotografuję, ale nie jest to tylko zapełnianie plikami pamięci urządzeń. Później wracam do tych zdjęć, dokonuję spośród nich wyboru, a następnie zabieram się za obróbkę fotograficzną. Czasem powstają z tego kolarze lub grafika komputerowa. Powstające obrazy są świetnym punktem wyjścia do opowiadania o podróży, nie tylko na żywo, gdyż stają się tworzywem dla literackich pasaży. Tę technikę stosuję tworząc fotoeseje, w których tekst ciąży mimo wszystko w stronę prozy poetyckiej, a nie tradycyjnego eseju.
Zarówno proza poetycka, jak i fotoesej nie należą do najpopularniejszych form praktykowanych przez polskich autorów. Są one niezwykle nośne znaczeniowo i mocno oddziałują na odbiorcę, zaś sam fotoesej posiada nowatorski charakter — jako połączenie prozy poetyckiej z „esejem fotograficznym”.

[ZK] Jakie wyzwania napotyka Pan podczas tworzenia twórczego?
[AM] Opuśćmy więc krainę poezji. Niektóre teksty eseistyczne pełnią inną rolę, co usprawiedliwia odejście od prozy poetyckiej, choćby na rzecz nudnego duktu akademickiego. Jeśli jest to poważny temat, należy powstrzymywać swój język i nie okazywać własnych przeświadczeń, aby zachować wiarygodność i rzadką dzisiaj neutralność. Na szczęście nie mam z tym problemu, choć jest to istotna bariera. Kłopotem może być dobór źródeł lub pozyskiwanie danych z rozmaitych publikacji — ich jakość zależy niejednokrotnie od światopoglądu autora. Kiedyś napisałem tekst o kolonializmie, który czeka jeszcze na swoją premierę, i musiałem wypośrodkować różne statystyki dotyczące liczby niewolników przetransportowanych do obydwu Ameryk. Rozrzut był ogromny, bo zachowawczy autorzy podawali góra sześć, siedem milionów dusz, zaś ci rozgorączkowani ewidentną niesprawiedliwością podkręcali tę liczbę do 26 milionów. Wypośrodkowanie takich danych nigdy nie będzie miało umocowania w faktach, dlatego zawsze należy referować rozmaite punkty widzenia. To jest namiastka obiektywizmu.

[ZK] Jakie są Pana ulubione gatunki literackie do czytania i czy wpływają one na Pana proces twórczy? Czy jest jakaś konkretna książka lub autor, który wywarł wpływ na Pana pisanie?
[AM] Moim ulubionym gatunkiem literackim jest reportaż podróżniczy. Najlepszą i najważniejszą książką, jaką kiedykolwiek przeczytałem, jeśli chodzi o ten gatunek, są „Błękitne przestrzenie. Wyprawa śladami kapitana Cooka” Tony’ego Horwitza. W Polsce ukazało się kilka wydań tytułu, a także jeszcze jedna pozycja należąca do tego autora. „Błękitne przestrzenie” ciążą w stronę eseju, a zarazem są książką faktograficzną i dziennikiem zuchwałego śledztwa. Ta książka to absolutne mistrzostwo.
Podczas mojej czytelniczej podróży natrafiłem na kilka dzieł, które mnie mocno zainspirowały. Dwa szczególnie — „Wyspa, czyli usprawiedliwienie bezsensownych podróży” Wasilija Gołowanowa, która ukazała się przed laty w Wydawnictwie Literackim, oraz „Dni barbarzyńców. Życie na fali” Williama Finnegana, wydana nakładem Znaku Literanova. Ostatnim tytułem mogliśmy się cieszyć w czasie pandemii, niemniej przeszedł kompletnie niezauważony, całkowicie niesłusznie, choć zebrał kilka entuzjastycznych recenzji. Najwyraźniej kultura surferów z Hawajów nie pasuje do chłodu i wilgoci, które wpycha do Polski wiatr znad mroźnego Bałtyku. Z kolei z rodzimych pisarzy chciałbym wymienić Artura Nowaczewskiego, który jest autorem znakomitego „Hostelu nomadów”. Uważam, że to doskonały reportaż literacki, który spełnia wszystkie kryteria dobrej książki podróżniczej. Warto sięgać po utwory Nowaczewskiego, bo może się równać, mimo jeszcze młodego wieku, z popularnymi w Polsce anglosaskimi pisarzami-podróżnikami — Colinem Thubronem i Paulem Theroux.

[ZK] Czy ma Pan ulubiony esej, który napisał, i dlaczego jest dla Pana ważny?
[AM] To fotoesej pod tytułem „Syberia — Ałtaj”, częściowo ogłaszany, w krótkich kawałkach, w prasie i na stronach krakowskiego portalu Popmoderna. Zadedykowałem go żonie, co tłumaczy, z jakiego powodu jest dla mnie ważny. To opis naszych wspólnych podróży sprzed sześciu i dwóch lat — zarówno zimą, jak i latem — w głąb „ósmego kontynentu”, czyli przepięknej i fascynującej Syberii.

[ZK] Jakie wyzwania widzi Pan w dziedzinie pisania esejów w obecnych czasach? Czy istnieją tematy, które uważa Pan za szczególnie ważne do poruszenia?
[AM] Doskwiera mi brak odwagi w opisywaniu świata, który wyraża się w poprawności politycznej. Reportażyści nie piszą już reportaży, a jedynie kompilują w tekstach zbiorowe uprzedzenia, klisze myślenia, medialne schematy. To decyduje o popularności gatunku, który od lat nie wnosi nic nowego, a nawet spowszedniał, ewoluował w stronę literatury popularnej. Czytadła są w porządku, ale one również rządzą się tymi samymi prawami, co literatura wysoka. Muszą być odważne, aby namieszać na rynku wydawniczym i pozostać z nami na dłużej. Nie raz znajduję w reportażach steki bzdur, które utrwalają błędne wyobrażenia o świecie, choćby o Syberii, która w gruncie rzeczy jest bardzo europejska — aby się przekonać, wystarczy trochę pojeździć po syberyjskich autostradach od miasta do miasta, od wsi do wsi. Dzieje się tak, bo najbardziej podobają się melodie, które każdy dobrze zna.
Ratunkiem wydaje się być esej, który wykracza poza doraźną, interwencyjną lub dokumentalną postać reportażu. Wymyka się także literaturze pięknej za sprawą odmiennej formy, być może mniej pojemnej. To jest jednak gatunek autorski, który nie może liczyć na szeroką publiczność. Eseje powinny z tego powodu poruszać szeroką tematykę, bliską życiu, niekoniecznie dotyczyć intelektualnych rozważań, często nikomu niepotrzebnych. Na druk w jednym z czasopism czeka esej, w którym doświadczenie pandemii z lat 2020–2022 przyrównuję do nurkowania swobodnego. Zbyt szybkie wynurzanie się na powierzchnię dla freedivera za każdym razem jest śmiertelnie niebezpieczne, gdyż wiąże się z chorobą kesonową — we krwi i tkankach powstają pęcherzyki azotu, które rozrywają te tkanki od wewnątrz. Wychodzenie z pandemii było dla wielu na pewno bardziej traumatyczne niż lockdown, co widać po wysypie wśród ludzi rozmaitych powikłań po zakażeniach oraz rozchwianej gospodarce.

[ZK] Jakie odczucia towarzyszyły Panu z chwilą postawienia ostatniej kropki w „Ameryka. Esej poetycki”? Jak długo trwał „proces twórczy” tej poezji?
[AM] Towarzyszyła mi chęć zamknięcia pewnego etapu w swojej twórczości i oddania gotowego manuskryptu do wydawnictwa, które potrafi zadbać o profesjonalne wydanie tomu poetyckiego. „Ameryka” była gotowa od kilku lat, lecz musiała poczekać na swoją kolej na długiej liście moich zobowiązań wobec świata i siebie. Postawieniem ostatniej kropki była właściwie końcowa korekta i zaproponowanie dwuzdaniowego biogramu na okładkę. Dystans, jaki miałem do zawartości tomu, pozwolił mi zająć się z marszu domykaniem innych projektów literackich, które mogą okazać się jeszcze ciekawsze.

[ZK] Czy ma Pan jakiś ulubiony cytat lub motto, który inspiruje Pana w trakcie pisania?
[AM] Na pierwszych stronach w „Ameryce” umieściłem dwa motta, które pochodzą z dzieł klasyków amerykańskiej poezji i prozy. Nie chcę ich tutaj przytaczać, bo nie słowa mnie najbardziej inspirują podczas pisania, a obecność najbliższej mi osoby. Pracujemy z żoną w absolutnej symbiozie — każde z nas w swojej odrębnej dziedzinie — na ogół w tym samym pomieszczeniu, które nazywamy pracownią albo gabinetem. Nie przeszkadzamy sobie, wspieramy siebie poczuciem swojej obecności. Taka bliskość, nie tylko fizyczna, jest wystarczającym powodem, aby starać się wypełniać czas rzeczami potrzebnymi i pięknymi.

[ZK] Co daje Panu radość życia?
[AM] To przede wszystkim kontakt z przyrodą i domowe zacisze. Przepełniają mnie radością te dwa obszary, zwłaszcza że w jednym i drugim nie jestem sam.

[ZK] Czego w życiu się najbardziej Pan boi?
[AM] Tego, że myślenie innych ludzi zastąpią memy, ale nie takie z internetu. Chodzi o klisze myślenia, utrwalone schematy, w ogóle o umysłowe chodzenie na skróty. W tym kontekście najbardziej się boję niesamodzielnych i niepewnych siebie ludzi.

[ZK] Czego życzyłby sobie Pan w nadchodzącym czasie?
[AM] Siły fizycznej, aby wspiąć się na lodowiec u podnóża Biełuchy na Ałtaju. Czasu, aby lepiej zadbać o swoje teksty, które zalegają w komputerze. Odłączenia od cyfrowych mediów, których jazgot pozostaje gdzieś z tyłu głowy i w postaci szumu informacyjnego straszliwie męczy.

Fot. Adam Majewski
Grafika: Zaczytany Książkoholik


Dodaj komentarz


Czytaj także

Studentka, Tess Gerristen Gary Braver, zaczytanyksiazkoholik.pl

„Studentka”, Tess Gerristen, Gary Braver

Istnieją dziesiątki sposobów, by się zabić. Frankie Loomis, detektyw bostońskiej policji, poznała już wszystkie. Kiedy jednak zaczyna badać sprawę tragicznego w skutkach upadku młodej dziewczyny z balkonu apartamentowca, instynkt podpowiada jej, że to nie było samobójstwo. Dlaczego w mieszkaniu zmarłej nie znaleziono telefonu komórkowego? Dlaczego atrakcyjna i zdolna Taryn Moore targnęła się na swoje życie, skoro właśnie miała rozpocząć wymarzone studia doktoranckie?


Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny

„Taniec pszczół i inne opowiadania o czasach wojny”, praca zbiorowa

1 września 1939 roku skończył się świat. Chcemy opowiedzieć o tej apokalipsie. O bohaterstwie zwykłych ludzi. O zdradzie zwykłych ludzi. O unikaniu śmierci cudem. O niemożności uniknięcia śmierci cudem. O strachu. O miłości zwyciężającej strach. O zwieńczonych drutem kolczastym murach, które wznieśli ludzie i uwięzili za nimi innych ludzi.