Mowy nie ma! - Żaneta Pawlik-zaczytanyksiazkoholik.pl

Co na temat debiutu literackiego Żanety Pawlik sądzą czytelnicy?


Chciałam Was zaprosić na rozmowę z Żanetą Pawlik, autorką wydanej niespełna dwa miesiące temu powieści „Mowy nie ma!”. Z rozmowy dowiecie się m.in. jakie cechy po pisarce odziedziczyła główna bohaterka Małgorzata, czego w życiu najbardziej się boi Żaneta czy to, czy wybór Wydawcy książki okazał się dobrym wyborem. Zapraszam do lektury tej niezwykłej rozmowy!


[Zaczytany Książkoholik] Czy pamięta Pani, co spowodowało, że chwyciła Pani za „pióro” i zaczęła tworzyć swoje pierwsze literackie dzieło, którym jest „Mowy nie ma!”?
[Żaneta Pawlik] Dziełem literackim są „Bracia Karamazow”, ja napisałam powieść obyczajową (śmiech). Cieszę się ze sposobu, w jaki sformułowała pani pytanie, bo istotnie, nie pamiętam. Często ono do mnie wraca, pokusiłam się więc o chwilę refleksji i chyba uda mi się odpowiedzieć. Prowadziłam bloga podróżniczego, nagrywałam i montowałam filmy, podcasty, ale ograniczenia, jakim poddała nas pandemia, spowodowały, że ta formuła się wyczerpała. A potencjał pisarski pozostał. Ktoś pochwalił „lekkie pióro”, ktoś inny zażartował, że powinnam pisać książki. Pomyślałam, czemu nie. Nosiłam w sobie ten pomysł, pozwoliłam mu dojrzeć, a potem zakasałam rękawy i wzięłam się do pracy. W międzyczasie przechodziłam huśtawkę nastrojów. Szamotałam się między euforią po świetnej, w mojej opinii, scenie, by za chwilę wątpić w sens tego, co robię. Przy czym jestem osobą silnie zorientowaną na cel i nie zdarzyło się dotychczas, żeby coś mnie pokonało. A już na pewno nie wewnętrzny krytyk.

[ZK] Czy któraś z postaci z powieści jest Pani wyjątkowo bliska?
[ŻP] Z postaciami jest trochę jak z dziećmi, kocha się po równo. Na pewno najbliżej mi do Małgośki i Klaudyny, którym oddałam sporo własnych cech charakteru, Gośce nawet fizycznych, o zgrozo! Pozwoliłam im rozprawić się z własnymi wątpliwościami, obawami, rozterkami. Dyskusje, które prowadzą, odzwierciedlają moje przemyślenia, jakąś tęsknotę, braki. Na potrzeby fabuły ubrałam je literacko, podkoloryzowałam, ale bywało, że przekornie włożyłam im w usta słowa, z którymi się nie identyfikuję. Wykreowałam dwie cudowne osoby, których nigdy nie spotkam, a szkoda. Może zaskoczę panią, ale lubię Konrada, męża Małgośki. Czytelniczki zazwyczaj odbierają go jako antybohatera, człowieka bezwzględnego, pogardzają nim. A ja się zastanawiam, co sprawiło, że się pogubił w życiu. Nie oceniam Konrada negatywnie jako człowieka, choć jego postępowanie piętnuję. Myślę, że oberwał na tyle mocno, aby zacząć budować siebie od nowa. Mam nadzieję, że początek tej przemiany udało mi się pokazać.

[ZK] Jakie odczucia towarzyszyły Pani z chwilą postawienia ostatniej kropki w książce?
[ŻP] Były dwa takie momenty. Pierwsza (ostatnia) kropka postawiona w środku nocy, bo postanowiłam, że tego dnia skończę powieść, pozwoliła zasnąć z poczuciem spełnienia. Jednak poranek przywitał mnie niedosytem. Pomyślałam, że może przestałam ścigać się sama ze sobą, ale to nie znaczy, że nie mogę się cofnąć i wziąć lepszego rozpędu. Przeczytałam końcówkę i uznałam za przesłodzoną. Musiałam przebić się przez warstwę bitej piany i poczuć słodko-gorzki smak ze środka. Wykasowałam ostatnią scenę i napisałam nowe zakończenie. Wtedy poczułam spokój. W przeciwieństwie do czytelniczek niektóre domagają się ciągu dalszego. Przepraszam (śmiech).

[ZK] Dlaczego akurat literatura obyczajowa? Czy brała Pani pod uwagę inne gatunki literackie?
[ŻP] Biorę pod uwagę możliwość eksperymentowania z innymi gatunkami, ale w dłuższej perspektywie czasu, kilkuletniej. W tej chwili wsłuchuję się w siebie i badam, z jakimi historiami najlepiej rezonuję. Literatura obyczajowa jest najbliżej czytelnika, trochę pozwala mu zatopić się w alternatywnej rzeczywistości, a trochę odnaleźć w niej siebie. Otrzymuję prywatne wiadomości, w których kobiety i mężczyźni (tak, „Mowy nie ma!” czytają również panowie) piszą, że to ich przeżycia, rozterki, tęsknoty. Wychowywali się w rodzinach z problemem alkoholowym, mają za sobą doświadczenie rozwodu, dzielili życie z opresyjnym partnerem/partnerką. Dzięki temu wiem, że poruszam drugiego człowieka, nawiązuję więź. Cenię ją sobie i chcę umacniać.

CO DECYDUJE O SUKCESIE?
My sami, poprzez jasne wytyczenie celu i pracę, która nas do niego zbliża.

CO MOTYWUJE PANIĄ DO DZIAŁANIA?
Poszukiwanie sensu życia.

FILM, KTÓRY WYWARŁ NA PANI NAJWIĘKSZE WRAŻENIE TO…
„Co się wydarzyło w Madison County” na podstawie książki o tym samym tytule.

JAKĄ KSIĄŻKĘ Z DOTYCHCZAS PRZECZYTANYCH MOŻE PANI POLECIĆ?
Wszystkie, autorstwa Richarda Yatesa. Jestem urzeczona pogłębioną analizą psychologiczną bohaterów, kumulacją fatalizmu, autodestrukcji, ludzkich słabości i nieszczęścia.

NAJBLIŻSZY URLOP SPĘDZĘ…
Najchętniej w Azji Południowo-Wschodniej. I kolejny, kolejny…

CO CENI PANI W LUDZIACH?
Szczerość i delikatność. Nie zawsze idą w parze, udaje się tylko nielicznym.

NIEZAPOMNIANE MIEJSCE?
Maleńka wysepka An Binh w Delcie Mekongu (Wietnam), ale głównie z powodu rodziny, która przyjęła nas pod swój dach. Nie miejsca są ważne, a ludzie.

KULTURA, W JAKIEJ POSTACI?
Teatr, szczególnie z perspektywy aktora, czego doświadczam.

JAKĄ UMIEJĘTNOŚĆ CHCIAŁABY PANI OPANOWAĆ DO PERFEKCJI?
Perfekcja rodzi kompleksy, a mnie wystarczą te, z którymi się borykam. Chciałabym lepiej panować nad stresem i działać mniej impulsywnie.

W CZASIE WOLNYM …
Piszę, gram w teatrze, czytam. Choć powinnam umyć okna i ulepić pierogi na zapas.

[ZK] Premiera powieści to zapewne dla pisarza bardzo wyczekiwany czas. Jakie emocje towarzyszą Pani w trakcie premiery „Mowy nie ma!”?
[ŻP] Jestem szczęśliwa, bo powieść zyskuje rozgłos. Nie spodziewałam się tak dobrych recenzji, szczerze. Wiem też, że doczekam się krytyki, ale jestem na nią przygotowana. W pierwszych tygodniach po premierze mogłoby być ciężko, dziś nieco ochłonęłam, nabrałam dystansu. Spotkania autorskie umożliwiają mi wyjście do czytelników, bezpośrednią rozmowę. To też duże zaskoczenie; nie spodziewałam się tak licznego zainteresowania ze strony bibliotek, zapełniam jesienny kalendarz. Nadal jestem w lekko euforycznym nastroju, ale studzą go obawy związane z drugą powieścią. Jak zostanie przyjęta, czy powtórzy sukces „Mowy nie ma!”? Daleko mi do odprężenia, nieustannie coś się dzieje.

[ZK] Nie sposób o to zapytać: Jak długo trwał proces tworzenia powieści? Od jego pomysłu do momentu chwycenia książki w dłoni. Który moment w pracy twórczej był dla Pani najtrudniejszy?
[ŻP] Pomysł nosiłam w sobie tak długo, aż poczułam, że pora przeobrazić go w konkretne działanie. Powstał wstępny plan, główne założenia fabuły, bohaterowie, punkty zwrotnie. Coś na kształt szkieletu, ramy. Wiedziałam, gdzie zaczynam i dokąd zmierzam. Wszystko pomiędzy tworzyło się w oparciu o pomysły, które przychodziły do mnie w różnych momentach, niejako niezależnie ode mnie samej. Przyglądałam się im z ciekawością, notowałam hasłowo, a następnie oddawałam książce. W efekcie napisałam powieść, którą z pierwowzorem łączy niewiele. Od pierwszego zdania do ukazania się „Mowy nie ma!” minął rok. Najtrudniejszy był moment czekania na odpowiedzi z wydawnictw, nie miałam pewności, czy któreś zechce wziąć książkę pod swoje skrzydła. I tym razem znowu nie doszacowałam, bo odezwało się kilka renomowanych oficyn; zdecydowałam się na wydawnictwo Zysk i Spółka i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że jestem bardzo zadowolona ze współpracy.

[ZK] Kto z najbliższego otoczenia był pierwszym czytelnikiem Pani debiutanckiej powieści i z jaką opinią się wówczas Pani spotkała?
[ŻP] Autor jest związany ze swoim tekstem emocjonalnie, nie wyłapie wszystkich błędów, niedociągnięć fabuły, urwanych wątków. Dlatego istotne, żeby pierwsi czytelnicy, jeszcze przed wysłaniem oferty do wydawnictwa, pochodzili spoza kręgu osób, z którymi łączą go bliskie relacje. Nie zastosowałam się do tej zasady, co wbrew pozorom okazało się dobrym posunięciem. Mój mąż, bo o nim mowa, pracuje z młodymi artystami. Ma umiejętność konstruktywnej krytyki, jest człowiekiem wrażliwym i empatycznym. Pomimo łączącego nas związku emocjonalnego, zdobył się na dystans i ocenił tekst chłodnym okiem. Jestem mu za to bardzo wdzięczna. A ilość uwag, którymi podzielił się po lekturze, dowodzi, jak bardzo się zaangażował. Oczywiście poza aspektami czysto praktycznymi, zwyczajnie interesowało go, co jego żona napisała.

[ZK] W rankingu lubimyczytac.pl „Mowy nie ma!” posiada mocne 8,2 punkty na 10, czyli w ocenie czytelników powieść jest rewelacyjna. Jakie uczucia/emocje towarzyszą Pani, widząc tak dobre przyjęcie Pani debiutanckiej powieści wśród czytelników?
[ŻP] Wdzięczność za to, że ludziom chce się podzielić dobrym słowem. Zwykle łatwiej jest pokazać palcem, co nam się nie podoba, tymczasem recenzje czytelników dowodzą, że udało mi się napisać uniwersalną powieść, trafiającą w gust osób o dużej rozpiętości wiekowej. To niezamierzony efekt. Pisząc, myślałam o grupie doświadczonych życiowo kobiet, tymczasem dowiaduję się, że po lekturze czternastolatka spędza godziny na rozmowie ze swoją mamą, analizują fabułę, być może doszukują paraleli do własnego życia. Pewna czytelniczka powiedziała „każdą z osób w pani powieści znam osobiście”. Zawsze wzruszam się, ilekroć ktoś dziękuje za życiową opowieść. To też wyzwanie, żeby nie zawieść czytelnika, który mi zaufał.

[ZK] Czego w życiu się Pani najbardziej boi?
[ŻP] Samotności. Nie bycia samemu, te momenty cenię i celebruję. Uczucia pustki, której nikt i nic nie zapełni. Śmierci, bo tylko na nią nie mamy wpływu, a ja jestem osobą z silną potrzebą kontroli. Nie tyle własnego odchodzenia, ile bliskich, bo ciężar radzenia sobie zostaje przy żyjących. Sama pani widzi, nie ma we mnie potencjału na pisanie komedii romantycznych (śmiech).

[ZK] Czego życzyłaby Pani sobie w nadchodzącym czasie?
[ŻP] Żeby przynajmniej zostało tak, jak jest. Stabilnej sytuacji na świecie, bo zawirowania, które nam towarzyszą, przekładają się na kondycję naszego życia. Literacko niekończącej się weny, choć wiem, że się nie ziści. Wena rodzi się wtedy, gdy zasiadam do pracy, nie odwrotnie. Chciałabym, żeby powiększało się grono czytelników moich książek. I żeby pisanie nadal sprawiało mi radość i satysfakcję. Nie sam proces twórczy, z nim wiąże się ogromny wysiłek, ale efekt.

Autor zdjęcia: Agnieszka Warwas
Grafika: Zaczytany Książkoholik


Dodaj komentarz


Czytaj także

Alicja Horn, Wyleczeni, zaczytanyksiazkoholik.pl

Dla fanów thrillerów medycznych – „Wyleczeni”, Alicja Horn

„Wyleczeni to pierwszy polski thriller medyczny napisany przez lekarza, w którym wielopoziomowa intryga kryminalna łączy się z sugestywnym obrazem szpitalnej rzeczywistości widzianej od środka. Zrób rachunek sumienia, zanim trafisz do szpitala”


Tamta kobieta

„Tamta kobieta”, Anna H. Niemczynow

Do gabinetu dr Romy Jasińskiej przychodzi mężczyzna z małą dziewczynką. W pięknej pani doktor rozpoznaje kobietę, której szukał przez wiele lat. Dlaczego lekarce tak bardzo zależało na tym, aby nie zostać odnalezioną? Co ukrywa i co łączy ją z przybyłym? Jaką rolę w tej tajemniczej historii odegrała tamta kobieta?