Janusz Niżyński

Rozmowa z Januszem Niżyńskim


Chciałam Was zaprosić do przeczytania bardzo interesującej rozmowy z Januszem Niżyńskim, autorem m.in. książki „Rudowłosa ze Starych Babic”, która zachwyciła wielu z nas. Dowiecie się z niej m.in. co łączy p. Janusza ze Starymi Babicami, jaki rodzaj muzyki nasz rozmówca kocha, to jak radzi sobie z hejtem, czy jak wpiera swoich czytelników w tym trudnym dla każdego czasie.

Co zainspirowało Pana do napisania swojej pierwszej książki? Ile lat już od tego momentu minęło?

Piękne pytanie! I zawsze, gdy je słyszę, mam z nim nie lada problem. Zawsze wtedy, i tak uczynię teraz, wspomagam się cytatem i za Janem Chrystianem Andersenem powtarzam rozmówcom pewną uniwersalną pisarską mądrość. Brzmi tak: „Inspiracja jest jak wielka dama – przychodzi i zjawa się wtedy, gdy chce…” Wie Pani? A tak całkiem serio, dziś już naprawdę nie pamiętam, czym było to przysłowiowe jakieś „coś”. Jednak z całą pewnością wiem, że był za to ktoś, że pojawiła się pewnego dnia, w kręgu moich czytelniczek, jedna miła mama ze swoją kilkuletnią córeczką, która śliczne kolorowała malunki. To znaczy: córeczka ślicznie kolorowała. Obie – i duża, i mała czytelniczka zdopingowały mnie, aby wydać drukiem moje bajki, które do tamtej pory łasiły się do czytelników jedynie z mej prywatnej witryny Janusz.nizynski.pl (skądinąd: jednej z najstarszych prywatnych stron w zasobach polskiego Internetu). Mała dziewczynka zobowiązała się wykonać ilustracje do bajek, a jej mama – przetłumaczyć tomik na język angielski, jako że z zawodu mama była tłumaczką. Ostatecznie ilustracje do książki wykonała profesjonalna ilustratorka, ale jeden z malunków małej dziewczynki honorowo znalazł się na ostatniej stronicy książeczki. I został w ten sposób miłym symbolem, a jedocześnie dziecięcą legitymacją dla mojego tomiku, przekazaną mi od najpierwszej ze wszystkich moich prawdziwych małych czytelniczek. I tak oto powstała dwujęzyczna książeczka „Bajeczki dla dzieci – Story for kids”, którą jako pisarz oficjalnie zadebiutowałem na tradycyjnym rynku księgarskim. Było to w roku 2015. A więc całkiem niedawno. Do tamtego jednak czasu, na różnych forach, portalach, w prasie korporacyjnej, ale i ogólnopolskiej, i przede wszystkim na mojej prywatnej witrynie opublikowałem już blisko pięćset „pocztówek”, bajek, felietonów, opowiadań i powieści, które do dziś są niewyczerpanym źródłem dla moich dalszych inspiracji.

Miałam przyjemność objąć patronatem medialnym książkę „Rudowłosa ze Starych Babic”, zresztą jak na rudowłosą przystało. Dlaczego właśnie rudowłosa dziewczyna jest jej bohaterką?

Serio jest Pani naturalną rudą dziewczyną? To wspaniale! Chyba przy jakiejś okazji zaproszę Panią na kawę… Ach, te rudości! Te rudowłose kobiety… Jakże ja takie uwielbiam! Ale czy Pani wie, że od zarania dziejów ten nieprzeciętny kolorów włosów był powodem stałego utrapienia nadobnych dam? Na przykład – w mrocznych odmętach średniowiecza niemal każdą rudowłosą niewiastę podejrzewano o konszachty z diabłem. W Grecji – to w nich dopatrywano się przyszłych („po ziemskiej śmierci”) wampirzyc. Najłagodniej obchodzono się z rudowłosymi w starożytnym Egipcie. Tam, po prostu, uważano, że przynoszą pecha, i tyle, więc lepiej było trzymać się od nich z dala. Zresztą tak samo w Wielkiej Brytanii. (A to o tyle ciekawe, gdyż w Wielkiej Brytanii rude włosy statystycznie odnotowywane są na świecie najczęściej). A w Polsce? W Polsce nie tylko rudowłose, ale i mężczyźni z czupryną o takimż „felernym” kolorze przez stulecia nie mieli lekko. Nawet za naszych czasów nierzadko bywały mamy, które spodziewając się dziecka, żarliwie się modliły, aby tylko na świat nie przyszło… rude! Na szczęście dziś rudy kolor włosów (nie tylko u kobiet) coraz rzadziej wzbudza jakiekolwiek uprzedzenia. Mało tego: dziś rude włosy uważamy za piękne, może dlatego, iż kolor ten jako naturalny występuje naprawdę mało kiedy. Dlaczego o tym wszystkim Pani opowiadam? Ponieważ teraz przynajmniej nie tylko będzie Pani mogła zacząć się domyślać, że jako mężczyzna, który sam kiedyś narzekał na podobny odcień swych włosów (dzisiaj pozostała mi po nich ledwie śliczna łysinka) postanowił wziąć sobie odwet za lata dyskryminacji, i na swoją bohaterkę celowo wybrał zjawiskowo piękną rudowłosą dziewczynę! – bo teraz ma Pani już wiedzę w tej sprawie z pierwszej ręki!

Na swoim koncie ma Pan mnóstwo książek w różnym gatunku literackim, nawet te dziecięce. Komu była dedykowana pierwsza Pana książka dla dzieci?

W sensie literalnym, osobistym – nikomu. Uznałem, i do dziś zresztą tak uważam, że wciąż jeszcze nie napisałem tak dobrej książki, którą odważyłbym się zadedykować komukolwiek z imienia. Natomiast w sensie ogólnym – owszem! Moje dwujęzyczne Bajeczki dedykuję wszystkim ciekawym świata dzieciom, które łącząc przyjemne z pożytecznym, chcą poznać moje historyjki, ucząc się jednocześnie języka angielskiego. Bajeczki te bowiem mogą być dla nich, i bardzo często są, wspaniałą pomocą przy poznawaniu żywego języka angielskiego, dając im przy tym od najmłodszych lat przyjemność zdobywanie nowych angielskich wyrazów i w ogóle umiejętności językowych. Redaktor oficyny Novae Res, która jako druga podjęła się wydania moich historyjek, napisał o nich między innymi: Krótkie i często zabawne opowiadania o ludziach, zwierzętach, roślinach czy zjawiskach przyrodniczych mają na celu nie tylko bawić oraz uczyć języka, lecz także przekazywać dziecku piękne i ważne prawdy na temat miłości, szczęścia, przyjaźni czy przesadnej ambicji. Doskonała pomoc dla dzieci, które posiadły już umiejętność czytania i uczą się języka angielskiego, oraz dla ich rodziców. Dlatego moje historyjki najchętniej polecam dzieciom, które wciąż chętnie czytają bajki ze swymi rodzicami.

Stare Babice – czy darzy Pan tę miejscowość jakimś szczególnym sentymentem?

Och, tak! Jak tylko sięgnę pamięcią Stare Babice zawsze, i wcale nie ukradkiem, przewijały się w moich żywotnych wspomnieniach. Urodziłem się i od początku życia mieszkałem na Starym Bemowie, to jest w tej części Warszawy, która administracyjnie przylegała do Starych Babic. Z obu mieszkań, które zajmowałem swego czasu z rodzicami, roztaczał się ujmujący widok na kopułę starobabickiego kościółka przy rynku. Za każdym więc razem, gdy wychodziłem na balkon, myślami przenosiłem się do tej o rzut beretem zagadkowej podwarszawskiej osady, o której wiedziałem tyle, że mają wspaniałe warzywa i owoce, bo kiosk z tymi wiktuałami u nas na Bemowie prowadziła prawdziwa gospodyni ze Starych Babic: Pani Wardzyńska. Do Starych Babic administracyjnie też należało wojskowe lotnisko, a ono z kolei, nieraz bywało celem moich młokosowych wypraw i w konsekwencji beztroskich przygód nastolatka. Czyż należy się więc dziwić, że gdy przyszła pora, aby w życiu znaleźć swoją skałę i postawić na niej dom, z radością uznałem, że świetnym na to miejscem będą Stare Babice? Uprzedzę więc Pani pytanie, jeśli chciałaby Pani spytać, gdzie dzisiaj mieszkam…

W Starych Babicach?

Dokładnie! Od blisko dwudziestu lat, ja – z dziada pradziada warszawiak, jestem Starobabiczaninem, i jestem z tego powodu bardzo dumny, tak bardzo dumny, że jak Pani widzi, nazwę mieszkańca, którą słownikowo powinno się pisać z małej litery, w odniesieniu do Starych Babic piszę z wielkiej.

Czym się Pan interesuje? Poza pisaniem oczywiście.

Uff… Długo by opowiadać. Jednak nie tylko z powodu rozlicznych pasji, hobby i zainteresowań, których symbolicznymi ikonami są m. in. moje profile: muzyczny na Youtube, zdjęciowy na Instagramie czy pianistyczna zakładka (Janko-muzykant) na mojej prywatnej witrynie Janusz.Nizynski.pl. Poza wszystkim, wciąż jestem czynnym zawodowo inżynierem, autorem licznych rozwiązań innowacyjnych, ale także współautorem kilku patentów i niezliczonej ilości programów komputerowych, które wspierały nie tylko firmę, w której pracuję, ale także moje różnorakie prywatne aktywności. Długo więc mógłbym zanudzać o swych zainteresowaniach. Skrócę więc wypowiedź do stwierdzenia, że miłością życia, od najmłodszych lat do dziś, pozostaje muzyka, ale, i muszę to zaznaczyć z całą stanowczością, kompletnie nie ta – o zasobie emocji zbliżonym do disco-polo. Kocham muzykę klasyczną, filmową, teatralną, muzykę z lubym uszu w nazwie: barokiem, romantyzmem, impresjonizmem, folkloryzmem, a nawet dobrą współczesną muzykę poważną. Poza wszystkim, jak już nieznacznie zasugerowałem w wypowiedzi: jestem pianistą-amatorem. Takim autentycznym, który nigdy w życiu nie kalał się uczęszczaniem na regularne kursy muzyczne, ani nie chodził do żadnej muzycznej szkoły. A grywam prawie wszystko: od aranżów muzyki filmowej po sonaty Beethovena. Tutaj, w wolnej chwili, serdecznie Panią zapraszam do mojej pianistycznej estrady: http://janusz.nizynski.pl/moje-muzykowanie/

Wcześniej czy później, każdy pisarz spotyka się z hejtem czy krytyką swojej twórczości. Czy spotkało to już Pana? Jeśli tak, to jak sobie Pan z tym radzi?

Ba! Kogo to nie spotkało… Słusznie więc przemyciła Pani w pytaniu tezę, że jakoś trzeba mi było sobie z tym radzić. O krytyce twórczości, tej merytorycznej, tej, dzięki której feedbackom pisarz ma szansę doskonalić pisarski warsztat, by lepiej się wpasować w oczekiwania współczesnego odbiorcy, powiem tylko tyle, że jest niezwykle cenna. Jedynie niedoświadczeni twórcy obruszają się na nią i wchodzą w zadziorne bezsensowne z recenzentami polemiki. Tych młodych kolegów pisarzy, którzy jeszcze tego nie zrozumieli, odsyłam do świetnej pracy Justyny Karolak: Jak radzić sobie z krytyką? Jak być pisarzem kochanym?, którą ta znana i ceniona publicystka dzieli się z czytelnikami na blogu okołoliterackim „Karolakowo.pl”. Dlatego teraz skupię się tylko na hejcie. Panuje powszechne przekonanie, że to zmora internetowych publicystów i że najskuteczniejszym orężem w walce z nim jest najzwyklejszy ban. Tu z kolei odwołam się do cytatu z blogu Toster Pandory: „Walczyć z hejtem? – to… jakby walczyć z deszczem. Pada deszcz, wyciągasz parasol, i tyle” (Hejt – krótka historia dla kompletnych zółtodziobów). Prawda. I owszem! I już kilkakrotnie, i na własnej skórze przekonałem się, że to najprostsza, a jednocześnie chyba najskuteczniejsza metoda. Przecież żadne dysputy z hejterem niczemu nie służą, mało tego: są dla niego wręcz paliwem, które jeszcze bardziej dopinguje zadziorę, czyniąc jego działania coraz żarliwiej napastliwymi. Prawdziwy i niełatwy do zaradzenia problem pojawia się wtedy, nabierając wręcz kryminalnych znamion, gdy banowanie niczego nie rozwiązuje, gdyż nie ma zastosowania. Już tłumaczę w czym rzecz. Otóż raz przyszło mi się zmierzyć z pewną wyrafinowaną hejterką, która wyssaną z palca, nikczemną nagonkę na mnie adresowała nie do mnie bezpośrednio, a do moich czytelników. Ich facebookowe adresy skrupulatnie zebrała, wykorzystując w tym celu wszystkich tych, którzy uaktywniali się na moim fanpejdżu i na prywatnym profilu. Do każdego pisywała indywidualnie, choć do każdego wysyłał ten sam szkalujący mnie tekst. Na szczęście niemało z moich czytelników natychmiast odsyłało mi jej korespondencję, ułatwiając tym samym zebranie dowodów przestępstwa. Potem nie pozostało mi już nic innego, jak skierować sprawę do kancelarii prawnej, która w pismach przed procesowych szybko uzmysłowiła hejterce, czym grozi jej kontynuowanie tak szkalującego, szkodliwego i nagannego społecznie procederu. Poskutkowało. Hejt się urwał. Mam nadzieję – bezpowrotnie.

Który etap tworzenia książki uważa Pan za najtrudniejszy? Chociaż patrząc na Pana twórczość to możliwe, że nie ma takiego.

Oj, przecenia mnie Pani, zdecydowanie przecenia… Jest taki etap! Można nawet powiedzieć, że jest tak ważny, jak dla Pana Boga było tworzenie świata. To plan na powieść… To precyzyjny (czym precyzyjniejszy, tym lepiej) spis wszystkiego tego, co w fabule po sobie ma nastąpić, ale także (najlepiej) spis najważniejszych pomysłów sytuacyjnych, istotnych dialogów, a nawet całych „gotowych” fragmentów. Dopiero potem uzbroiwszy się w ten ciężki oręż, zabieram się za kolejna orkę. Bo pisanie to także jak planowanie – ciężka orka, orka na ugorze. Jak się zacznie, mimo planu – końca nie widać.

Czym się Pan w życiu kieruje?

…Poproszę następne pytanie! Sorry, oczywiście, żart!… Jednak, przyzna Pani, ciężar tego typu materii, o jaką Pani teraz pyta, i w ogóle zawiłość wszelakich życiowych pytań o przyczynki ludzkich decyzji i uczynków, i odpowiedzi-drogowskazy, które, dzięki temu, że człowiek codziennie zadaje je światu, a potem od świata uzyskuje, ogarnąć byłoby niezwykle trudno. Mówiąc innymi słowy: jeśli miałbym na Pani pytanie odpowiedzieć uczciwie, to taka odpowiedź byłaby nie do dźwignięcia nawet w tak miłej i ciekawej rozmowie, którą teraz ze sobą prowadzimy. Nie chcąc jednak całkowicie uciekać od Pani prowokującej kwestii, rzeknę tak: każdy ma swoje najważniejsze życiowe wartości, którymi się kieruje. Dla mnie są nimi odpowiedzialność i szacunek, w tym oczywiście także: szacunek wobec czytelnika. Jednak, nie zagłębiając się dalej w temat, pomny wiedzy, którą zdobywałem w trakcie podyplomowej edukacji inżyniera, z ubolewaniem dodam: i jest niestety tak, że każdy z nas każdą etyczną wartość rozumie po swojemu. Na niewiele więc zdałoby się komukolwiek przyjmować moje „drogowskazy” za jasne i jednoznaczne życiowo deklaracje. Jasne są tylko dla mnie. Dla innych – są jakie są. Na co dzień bezbłędnie je rozszyfrowują jedynie moi bliscy, ale i… najwierniejsi czytelnicy.

W Polsce mamy obecnie dość trudną sytuację związaną z COVID-19. Jak wspiera Pan swoim czytelników w tym trudnym okresie? Jak sam Pan sobie z tym radzi?

Osobiście radzę sobie z nią nie najgorzej. Należę do tego pokolenia, któremu w życiu nieoszczędzone były i ciężkie czasy komunizmu, i świadomość przebywania za żelazną kurtyną, i konfrontowanie się z syndromem milenijnym, i z AIDS-em, który miał być przecież dla ludzi Armagedonem, a już o ptasiej grypie i wściekłych krowach szkoda mówić, a przecież i one odgrażały się zapowiedziami niemal końca świata. Słowem: uodporniłem się na „kataklizmy”. Mam też i do nich dość specyficznie egzystencjalne podejście – najprościej byłoby mi je zbyć przed Panią stwierdzeniem: „każdego los zapisany jest w gwiazdach, co się ma stać, to się stanie”. Dlatego więc po nocach pokornie, ale i z ciekawością, spoglądam w gwiazdy, a za dnia robię swoje – czyli żyję najpełniej każdym dniem, jak potrafię: piszę, pracuję, kocham, marzę, snuję plany… Tyle o mnie. Natomiast, jak wspieram czytelników? Jako pisarz – oczywiście słowem. Przede wszystkim nieustanną obecnością, nieprzerwanym publikowaniem postów (jak gdyby nigdy nic), komentarzy, no i czasem nawet jakąś krzepiącą myślą, sentencją, dzięki której łatwiej mija i mi, i moim czytelnikom kolejny dzień przymusowego odosobnienia. Ważne jest, abyśmy w tych trudnych chwilach byli ze sobą przynajmniej tak, jak akurat naprawdę możemy: wirtualnie, a nie żeby każdy się chował za opłotkami swych osobistych fobii i strachów. Świetny to czas do nawiązywania nowych wirtualnych znajomości, ale i do zacieśniania tych starych, sprawdzonych, a jednak trochę zapomnianych. Sam tak czynię, a mało tego: nawet znajduję pokrewne duchowo osoby, z którymi wspólnie przywracamy sobie radość pisania długich, mądrych listów tchnących nadzieją i czymś dobrym.

Moim zdaniem, spotkania pisarzy z czytelnikami są poniekąd obowiązkiem. Każdy chce poznać autora swoich ukochanych książek. Jak Pan do tego podchodzi?

No cóż… Ma Pani rację: skoro piszemy dla czytelników, skoro padają tu słowa o odpowiedzialności i szacunku – trzeba taki szacunek czytelnikom okazywać, na przykład poprzez uczestnictwo w wieczorkach autorskich. Na przestrzeni kilku ostatnich lat brałem udział w licznych spotkaniach z czytelnikami: i tymi najmłodszymi, i z rówieśnikami moich bohaterów, i nawet z seniorami w klubie seniora. Dzisiaj, wiadomo – sytuacja to uniemożliwia. Jednak wciąż są możliwości spotkań pośrednich, jak chociażby ta nasza sympatyczna rozmowa. I, jakkolwiek niespecjalnie przepadam za udzielaniem wywiadów, to jak Pani widzi, zgodziłem się, żywiąc przekonanie, że tą rozmową choć na chwilę wspólnie uda nam się odciągnąć naszych czytelników od traumy odosobnienia i osamotnienia w tych trudnych czasach próby i wytrwałości.
Mam nadzieję, że choć w małej cząstce, tak rzeczywiście się stało!
Dlatego Ślicznie dziękuję za zaproszenie i za miłą rozmowę!

Ja ze swojej strony również bardzo dziękuję p. Januszowi za rozmowę, poświęcony czas i zaangażowanie.


Dodaj komentarz


Czytaj także

Wyrosnąć z DDA, Robert Ackerman, zaczytanyksiazkoholik.pl

„Wyrosnąć z DDA. Wsparcie dla dorosłych córek alkoholików”, Robert Ackerman

Dorastanie w rodzinie alkoholowej odciska głębokie piętno na psychice. By jakoś poradzić sobie w dzieciństwie, musiałaś wypracować sztywne schematy reagowania. Dzięki nim stałaś się „mistrzynią przetrwania”. Dziś te mechanizmy są już niepotrzebne, ale tobie trudno się od nich uwolnić i wciąż odgrywasz dawną rolę…


Sztuka dawania prezentów, Anna Szczęsna, zaczytanyksiazkoholik.pl

„Sztuka dawania prezentów”, Anna Szczęsna

Na prośbę owdowiałej babki cała rodzina przyjeżdża do otoczonego malowniczym lasem drewnianego domu, by wspólnie spędzić święta i sylwestrową noc. Odcięci od świata i skazani na swoje towarzystwo, początkowo sceptycznie odnoszą się do pomysłu nestorki rodu, traktując go jako fanaberię starszej, samotnej kobiety. Skłócone od lat siostry nie mogą nawiązać nici porozumienia, a atmosfera gęstnieje niemal z godziny na godzinę.