Zaczytanyksiazkoholik.pl-Książki-których-nie-było.-Spalone-arcydzieła-i-stracone-szanse.jpg

Książki, których nie było. Spalone arcydzieła i stracone szanse


Może się to przytrafić każdemu. Robert Ludlum swoją pierwszą książkę zgubił podobno po pijaku, gdy krążył od knajpy do knajpy na przepustce z wojska, James Joyce po prostu spalił spory kawał swojej autobiograficznej powieści (oraz co najmniej jedną sztukę teatralną), a wysłany do wydawcy manuskrypt Mary Shelley posiała brytyjska poczta.

Cóż, szłoby odżałować, gdyby chodziło tylko o świąteczną przesyłkę z Allegro czy upuszczone gdzieś przy sklepowej kasie dziesięć złotych. Lecz tak się niestety składa, że mowa o potencjalnych arcydziełach literatury, albo chociaż o porządnym kawale prozy rozrywkowej (jedno drugiego oczywiście nie wyklucza). Niektóre takie historie mają happy end, różne rzeczy odnajdują się po latach, jak chociażby powtykane między bastylskie ściany niesławne „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu” autorstwa markiza de Sade, który ponoć płakał krwawymi łzami, gdy, jak sądził, bezpowrotnie utracił dzieło swojego życia. Ale już spopielonego pierwszego szkicu „Doktora Jekylla i pana Hyde’a” posklejać się nie dało.

Sfatygowane, spalone, stracone

Niejako na pocieszenie zostają nam opowieści o tym, jak doszło do tego, że nie przeczytamy nigdy tej czy innej książki, bo nie zawsze są to historie trywialne, jak, dajmy na to, zostawienie rękopisu na autobusowym fotelu. Już sama historia powieści Roberta Louisa Stevensona ma co najmniej trzy warianty. Pierwszy mówi, że jego żona, Fanny, wystraszyła się podczas lektury tak bardzo, że kazała mu te bezeceństwa czym prędzej spalić. Inny sugeruje, że po siarczystej krytyce małżonki pisarz sam cisnął gotową książkę do paleniska. Kolejna wariacja na temat owych zdarzeń, wywiedziona z odnalezionego dopiero przed dwudziestoma laty listu Fanny do przyjaciela, poety W. E. Henleya (którego drewniana noga posłużyła Stevensonowi za swoistą inspirację podczas pisania „Wyspy skarbów”), sugeruje, że to ona spaliła powieść, nazywając ją kompletnie bzdurną. Jak było naprawdę? Nieważne, bo w tym wypadku liczy się zakończenie, a to jest niezmienne, czyli Stevenson napisał całą książkę od nowa i stworzył literacki klasyk.

Ale już Ernestowi Hemingwayowi nie chciało się zasiąść raz jeszcze do pisania utraconej powieści omawiającej jego doświadczenia wyniesione z pierwszej wojny światowej. Tutaj też pojawiają się dwie wersje tej historii. Pierwsza, moim zdaniem mniej wiarygodna, mówi, jakoby pisarz zostawił rękopis w szwajcarskim pociągu. Druga, opisana szczegółowiej, podsuwa rozwiązanie nieco bardziej dramatyczne, bo to ponoć pierwsza żona Hemingwaya, Hadley, szykując się do wyjazdu do męża z Paryża do Szwajcarii, włożyła rękopisy (było tam też kilka opowiadań) do walizy, która została skradziona z pociągu. Ponoć było to powodem ogromnych napięć między skłóconymi małżonkami, których finałem był rozwód, choć na pewno nie tylko o to chodziło, bo przecież sam Hemingway do szczególnie miłych, no i wylewających za kołnierz, osób nigdy nie należał.

O ile jednak w tym przypadku straciliśmy „jedynie” niedojrzałe młodzieńcze utwory, to już nie sposób ocenić ogromu straty związanej z nigdy niewydaną powieścią Hermanna Melville’a „The Isle of the Cross” („Wyspa Krzyża”). Nie dowiemy się zapewne nigdy, co stało się z zaginionym rękopisem powieści, która została odrzucona przez wydawcę. Nieznany jest również powód owego odrzucenia, ale niewykluczone, że chodziło o obawy przed procesem sądowym, jaki mogłaby wytoczyć rodzina Agathy Hatch, porzuconej przez żeglarza córki latarnika, której historię Melville zasłyszał i opisał. A może chodziło o marny potencjał komercyjny książki? Ten sam przedsiębiorca przejechał się już na cieszącej się niewielkim zainteresowaniem powieści „Pierre”.

Przykre przygody z brakiem zainteresowania ze strony wydawcy przeżył też i Thomas Hardy, który nie znalazł chętnego na swoją pierwszą powieść. Ona również zaginęła. Kilkadziesiąt lat później pisarz starał się odtworzyć z pamięci szkic utworu, ale, nic dziwnego, po takim czasie nie potrafił przywołać detali swojego, jak mówił, być może najoryginalniejszego dzieła. Książka nosiła tytuł „The Poor Man and the Lady” („Nędzarz i dama”) i traktowała o mezaliansowym związku syna chłopa i szlachcianki. Zaginęła też bezpowrotnie napisana przez Szekspira sztuka „Cardenio”, wystawiona raz przed obliczem króla Jakuba I, choć istnieje hipoteza, jakoby ocalała pod innym tytułem, lecz eksperci od angielskiego dramaturga nie zawracają sobie raczej tym głowy.

Zgubione, znalezione, (nie)zadowolone

Lecz odpocznijmy chwilę od złych doniesień, bo tych mamy w bieżącym roku aż nadto, i pomówmy o tym, co zgubiono, a odnaleziono. Takich przypadków bowiem historia zna równie dużo. Nieznane opowiadanie F. Scotta Fitzgeralda znaleziono gdzieś między bibliotecznymi archiwami Uniwersytetu Princeton, a wczesne utwory Trumana Capote’a, prozę i poezje, wygrzebał spomiędzy jakichś papierzysk szwajcarski wydawca. A jeśli chodzi o powieści, ciekawie robi się przy „Moim bracie oceanie” Jacka Kerouaca, jego pierwszej napisanej książce, której nie ujrzała światła dziennego za jego życia, bo, po prostu, pisarz nie był usatysfakcjonowany jej poziomem. Ba, ponoć nigdy nie pokazał jej żadnemu wydawcy i już mając dwadzieścia lat uznał ją za, cytuję, „kupę gówna”. Lecz kto ją wydał, przeczytał lub zrecenzował, utrzymuje, że to dzieło i tak wartościowe, bo pozwala prześledzić ewolucję stylu Kerouaca.

Trudno orzec, czy Michael Crichton myślał podobnie o swoich „Smoczych kłach”, ale fakt faktem, że napisał je w 1974 roku, a książka pojawiła się na półkach blisko dekadę po jego śmierci. Manuskrypt znalazła jego żona i nie była to pierwsza książka, która objawiła się magicznie między szpargałami pisarza, bo wcześniej wygrzebano stamtąd „Pod piracką flagą” i multum notatek, które mają lepić i dokańczać inni autorzy. Podobnym literackim harcom zapobiegł Terry Pratchett, zastrzegając, aby po jego odejściu spalono wszystkie niedokończone powieści jego autorstwa oraz spisane przezeń pomysły. I tak też uczyniono. A skoro już mowa o płodnych pisarzach, to aż strach pomyśleć, ile karteczek i karteluszek kryje szuflada Stephena Kinga. Lista nieopublikowanych lub tylko rozpoczętych jego dzieł, i to tylko tych, o których wiemy, jest szalenie długa. Czy kiedyś je zobaczymy? Jeśli będzie to zależeć od samego Kinga, to raczej wątpliwe, ale jeśli jakimś cudem nie będzie miał nic przeciwko temu, aby kiedyś to wszystko obrobić i wydać, materiału jest na lata. Jak sam zresztą kiedyś napisał: znalezione nie kradzione.

Źródło: https://lubimyczytac.pl/ksiazki-ktorych-nie-bylo-spalone-arcydziela-i-stracone-szanse
Zdjęcie: www.elements.envato.com


Dodaj komentarz


Czytaj także

Szczęśliwa przystań, Paweł Jaszczuk, zaczytanyksiazkoholik.pl

„Szczęśliwa przystań”, Paweł Jaszczuk

„Szczęśliwa Przystań” to opowieść o namiętności życia, która nie gaśnie mimo upływu lat. Wraca we wspomnieniach i snach. Pojawia się też w codziennym doświadczaniu miłości, pożądania, zazdrości i gniewu ludzi, których starość i samotność skazały na dom opieki. Niezwykłe charaktery, zaskakujące zwroty akcji, szczypta humoru i grozy. „Szczęśliwa Przystań” skłania do refleksji, ale również wciąga niczym najlepsza powieść sensacyjna.


Seks, zombie i krew, Małgorzata Wiśniewska Cichowska, zaczytanyksiazkoholik.pl

Erotyk jakich mało – „Seks, zombie i krew”, Małgorzata Wiśniewska-Cichowska

Taylor McPherson w dniu w którym opuszcza mury poprawczaka świat się zmienił. Ogarnęła go zaraza a przeciwnikiem w walce o życie jest zombie oraz drugi człowiek. Wraz z grupą przyjaciół zmierzają przez miasta w poszukiwaniu żywności oraz schronienia. Człowiek dla człowieka stał się wrogiem, muszą walczyć o jedzenie i często niestety walka kończy się dla jednej ze stron śmiercią.