Rozmowa z Marcelem Woźniakiem


Zapraszam Was dzisiaj na rozmowę z Marcelem Woźniakiem. Znajdziecie w niej odpowiedzi m.in. na to dlaczego padł wybór na Gabrielę Gargaś, nad czym pracuje na UMK w Toruniu czy to, co daje mu największą satysfakcję.

Skąd czerpie Pan pomysły na pisanie książek?

Powinienem odpowiedzieć, że najlepszą inspiracją jest życie. To suma obserwacji, lektur. Kiedyś mówiło się o „wycinkach prasowych”, dziś nazwałbym to „wycinkami internetowymi”. Inspiracje są wszędzie: czasem jest to sprawa, temat na fabułę, a innym razem człowiek – bohater i jego charakter, tak niezwykły, że fabułę wymyśla się specjalnie dla niego.

Realizuje Pan obecnie projekt wspólnie z Gabrielą Gargaś? Czym podyktowany był wybór Pani Gabrieli do realizacji wspólnego przedsięwzięcia?

Cały pomysł był czystym przypadkiem. Nie znam wielu pisarzy działających w innych gatunkach literackich. Nasze ścieżki przecięły się na kolacji wydawniczej, kiedy wszyscy autorzy siadają przy jednym stole i rozmawiają. To było przy okazji targów w Krakowie. Potem zaczęliśmy rozmawiać o różnicach między gatunkami – i tak powstał pomysł. Z sytuacji mało prawdopodobnej przeszliśmy do konkretnego działania. Zarys historii, umowa, tworzenie powieści. Wiele niezwykłych miesięcy.

Jakie są plusy i minusy tworzenia książki w duecie?

Zaletą jest przede wszystkim fakt robienia czegoś, co jest trudne i nowe. Ciężko przewidzieć, na jakie pomysły wpadną dwie głowy, i co z ich pomysłów ostatecznie zostanie na papierze… Kto kogo w międzyczasie nie zabije! (śmiech) Minusy? Wydaje mi się, że takie, jak przy każdej wymagającej pracy: jest to trudne. Ale gdyby było łatwe, jaki byłby sens robienia tego?

Z kim w duecie chciałby Pan jeszcze napisać książkę?

Nie obraziłbym się na Dana Browna! (śmiech) Z pewnością ciekawe byłoby pisanie z kimś, od kogo znów mógłbym czegoś się nauczyć. Może to byłby ktoś, kto jest wybitnym naukowcem, agentem FBI, szpiegiem? Wszystko przed nami, czekam na propozycje. Mój numer… (śmiech)

Czy myślał Pan wcześniej, że będzie pisał książki? Co o tym zaważyło?

Dziś mógłbym powiedzieć, że myślałem o tym od dziecka, ale będąc dzieckiem nie sądziłem, że kiedyś książkę ze swoim nazwiskiem zobaczę na półce. Od dziecka pisałem i czytałem, było to z pewnością zajęcie, które zajmowało mi wiele czasu. Ale prawdą mówiąc, o tym, że napisałem pierwszą książkę czyli Biografia Leopolda Tyrmanda. Moja śmierć będzie taka jak moje życie, zadecydował zbieg okoliczności. Nie chcę mówić, że przypadek, ale zbieg okoliczności, jak najbardziej. Otóż po latach wróciłem na uczelnię, by skończyć studia. Okazało się, że temat, którym się zajmowałem, zanim studia przerwałem, wciąż jest ciekawy. Napisałem do wydawnictwa MG i tak się zaczęło. Nie miałem pojęcia, jak to jest pisać książkę. Kiedy było już skończona, wciąż nie potrafiłem wyobrazić sobie jej fizycznie w ręku.

Czy myślał Pan kiedyś o napisaniu książki pod pseudonimem?

Nie. Jest to działanie tak ważne i tak intymne, że jeśli ma coś po mnie zostać, po moim istnieniu przez ten ułamek chwili na Ziemi, to właśnie książki Marcela Woźniak.

Jak odbiera Pan krytykę wobec swoich książek?

Tu pozwolę sobie na nieco dłuższą odpowiedź. Informacje zwrotne, które spływają do autora, mają różne natężenie i różnych nadawców. Uwagi biorę do serca. Jeśli którakolwiek może mi pomóc, biorę ją ze sobą, jak dobrą radę. Wojtek Chmielarz powiedział mi kiedyś, że po prostu trzeba brać na klatę. To tak, jak z byciem sportowcem. Czasem zawali się jeden mecz, jedno zagranie, a czasem cały sezon. Ale ostatecznie to do ciebie należy decyzja czy chcesz grać dalej i być coraz lepszym graczem. Nawet, jeśli ludzie mają podstawy do krytyki, wciąż piłka jest po twojej stronie. Dla wielu osób może być to trudne. Znam takie, które mają większy talent ode mnie, ale nie sięgają po pióro właśnie z obawy przed krytyką. W idealnym świecie ludzie powinni być rzetelni w pracy i rzetelni w krytyce. Taką wyznaję zasadę. Oczywiście, bywa i tak, że krytyka jest bezpodstawna czy wręcz atakująca… Ktoś napisał mi kiedyś, że jest strona, na której ileś osób natrząsa się z mojej książki, zdanie po zdaniu rozkładając ją na czynniki pierwsze. Załóżmy, że jestem otwarty na krytykę. Co miałbym z czymś takim zrobić? Tam uwagi – czasem słuszne – mieszają się z obrażaniem autora i drwiną. Nikt nie spytał mnie, jak się odnoszę do jednego czy drugiego zarzutu. Smutne jest natomiast to, że ludzie w grupie znajdują zabawę w atakowaniu kogoś i czegoś. Równie dobrze mogłoby to być forum szkolne, na którym wytyka się palcami grubasów czy osoby o innej orientacji. Cokolwiek, byle kogoś zaatakować i się lepiej poczuć. Mechanizm jest podobny: ludzie w grupie są mocni i sprawdzają, na ile mogą sobie pozwolić w swoich odruchach i drwinie, typowe zachowanie stadne. Mnie to nie rusza, jako człowieka, bo gdyby ruszało, płakałbym w poduszkę i nigdy nic nie napisał. Dotyczy to także innych książek innych autorów. Takim zachowaniem ci krytycy-hejterzy pokazują: hej, zobaczcie, możemy się nabijać z ludzi i ich pracy, dajemy wam na to przyzwolenie, na to, by wyciągać z siebie tylko te złe odruchy, kpinę, drwinę, ironię. Tu już nie chodzi o książki, bo nie jest strona literaturoznawcza. Chodzi o zwykłą kulturę osobistą. Więc nie, do takich ocen się nie odnoszę.

Jaki etap tworzenia książki uważa Pan za najtrudniejszy?

Nie będę odkrywczy, jeśli powiem, że każdy. Najtrudniejsze jest znalezienie w sobie iskry i chęci, by pisać książkę, choćby nie wiem co. Druga rzecz, to, cóż, potrafić to zrobić. Są ludzie, którzy nie potrafią, ale piszą, jak i tacy, którzy potrafiliby, ale nie mają iskry i tego nie robią. Książka, to nie tyle fizyczny przedmiot czy plik z tekstem, ale cała droga, mentalna i fizyczna, którą się przechodzi, by od pomysłu skończyć na książce w ręku czytelnika. Pisanie, to wielokrotne przepisywanie, poprawianie. Dosalanie książki, dorzucanie przypraw, czasem – pieczenie od nowa spodu, bo wyszedł zakalec… (śmiech) W pisaniu książki najciekawsza jest wieloetapowość. Porównałbym to do długiej wyprawy. Trzeba znieść na starcie świadomość, że będzie trudno i mapa może być niepełna. Jedni się wykruszą, inni pójdą dalej. Świadomość, że trzeba udźwignąć ciężar historii, dojechać do strony dwudziestej, setnej, dwusetnej. Żeby się nauczyć pisać, trzeba zagryźć zęby i to zrobić. To, czego nauczymy się po drodze, jest tak bezcenne, jak wędrówka przez góry nieznaną trasą. Książka może być do kosza, ale jej elementy i nasza wiedza – bezcenne. Dlatego tu, na starcie, jest trudno. Żeby po prostu ruszyć. A potem jest trudno, bo to cholernie ciężka praca. Nic w pisaniu nie jest łatwe. Może poza rozdawaniem autografów – ale na to trzeba zapracować.

W jaki sposób lubi Pan spędzać czas wolny – poza czytaniem/ pisaniem książek oczywiście?

Właśnie zdałem sobie sprawę, że pisanie i czytanie zajmuje większość mojego czasu. A to dlatego, że zawsze żyłem w opowieści. Może to trochę odpowiedź na pytanie o inspiracje. Wszystkie wydarzenia i działalności jakoś się ze sobą łączą – pisanie książek, scenariuszy, robienie wywiadów. Kiedy jednak chcę się oderwać – uwielbiam podróże. Pływanie, rower, bieganie. Moją największą pasją są natomiast ludzie.

Pisanie książek to tylko część Pana pracy. Czym jeszcze się Pan zajmuje i jaki wpływ pisanie wywiera na pozostałe Pana aktywności zawodowe? Czy któraś z nich dominuje?

Pisanie książek zdecydowanie jest moją główną pracą. Natomiast równolegle pracuję nad doktoratem z literatury na UMK w Toruniu, prowadzę też czasem tam zajęcia. Pisuję artykuły, prowadzę spotkania i wykłady z literatury. Pracuję też nad kilkoma scenariuszami filmowymi.

Jakie odczucia Panu towarzyszą z chwilą postawienia ostatniej kropki w książce?

Coś między wycieńczeniem, radością, a zawałem serca. Zwłaszcza, jak na ostatniej stronie trzeba kogoś zabić. (śmiech)

Które z Pana osiągnięć twórczych dało Panu największą satysfakcję i dlaczego?

Myślę, że największa satysfakcja ciągle przede mną. Robię małe kroki i cieszę się z tego, że mogę pisać, że ktoś to chce czytać. Poczytuję to za pewnego rodzaju spełnienie, które bardzo doceniam. Może dlatego, że wiem, ile mnie kosztowało, by móc to robić. Nie patrzę na słupki sprzedaży. Chcę po prostu pisać coraz lepsze książki, by coraz lepiej się czytały.

Jak organizuje Pan prace nad tworzeniem książki? Czy jest ona skrupulatnie poukładana czy też kolejne strony najlepiej tworzy się w niekontrolowanym chaosie?

Jest kilka etapów. Zaczyna się od chaosu, który stopniowo trafia do plików i folderów. Każda książka przypomina pięciolinię utworu, który ma początek, środek i koniec. Najpierw w głowie, potem w kawałkach, a na końcu – na tej pięciolinii umieszczam poszczególne fragmenty historii. Zawsze myślę o strukturze i szczerze zazdroszczę na przykład Robertowi Małeckiemu. On zawsze mówi, że myśli po prostu o kolejnej stronie. Jak mu to wychodzi tak dobre, nie mam pojęcia! (śmiech)

W jaki sposób świętuje Pan sukcesy?

Chyba nie myślę o tym w takich kategoriach. Sukces, to zgubne i tajemnicze słowo. Staram się po prostu powoli rozwijać, jako pisarz i człowiek przede wszystkim. Jeśli jest jakiś powód to satysfakcji, jak premiera książki, to zdarza się, że pójdziemy z żoną na obiad, wypijemy kieliszek wina. Staram się jednak pielęgnować w sobie pokorę. To dużo zdrowsze, niż przesada duma.

Która z dotychczas przeczytanych książek zapadła Panu szczególnie w pamięć? I dlaczego?

Każda z książek jest, jak spotkany człowiek. A na tym polega życie, że spotykamy ludzi. Na myśl o nich mamy przed sobą zaraz wiele twarzy, prawda? Miłość. Zdrada. Złość. Szczodrość. Wystarczy zamknąć oczy i każde hasło wywołuje z pamięci te twarze, jak z kliszy fotograficznej. Z pewnych partykularnych powodów jednak, kiedy pytasz, mam przed oczami Rok 1984 George’a Orwella. Dotyka mnie ona, jako człowieka. Każda lektura Orwella, a już wiele ich za mną, to jak spotkanie z niezwykłym człowiekiem. Przypomina mi, dlaczego żyjemy. Wiem, brzmi górnolotnie… Przeczytałem to, jako 17-latek. A potem, jako 30-latek. A potem, jako 35-latek. Ciągle znajduję tam coś innego. Nie wiem czy to książka się zmienia czy ja. A może świat?…

Jakiej kluczowej rady – na bazie własnych doświadczeń – udzieliłby Pan osobom chcącym odnieść sukces w pisaniu?

Pokochać siebie, docenić życie, być wdzięcznym i cierpliwym. Hartować charakter, by przyjmować smagania wiatru po twarzy, ale iść przed siebie i ciężko pracować. Mógłbym oczywiście dać magiczną radę, jak na weekendowym kursie pisania. Czasem piszemy po to, by odkryć prawdę o sobie, a czasem piszemy dlatego właśnie, że tę prawdę odkryliśmy. Ale pisanie, to opisywanie świata i pewnej prawdy o nim. Są oczywiście sztuczki, gatunki, tricki i reklamy. Ale książka jest jak człowiek. Trzeba być uważnym, by w taką relację wchodzić. Słowo, to odpowiedzialność. Trzeba wierzyć, że można to pierwsze wypowiedzieć do czytelników.

Jakie są Pana plany na przyszłość? Czy ma Pan w planach powieść kryminalną? A może nowa seria, nowy bohater, lub książki w zupełnie innym gatunku?

W tym roku ukaże się poprawione wznowienie Powtórki oraz opowiadanie Granatowa cisza w antologii Niepodlegla.pl. Skończyłem właśnie pracę nad książką non-fiction. To pewne podsumowanie poszukiwań, które prowadziłem przez ostatnie pięć lat – życie Leopolda Tyrmanda. Dalej na horyzoncie jest powieść wojenna, kryminał i biografia artysty. Jeśli zdrowie i świat pozwolą.

Dziękuję bardzo za rozmowę.


Pytania powstały we współpracy z: Kasią Sęk i Emilią Walczak.

fot. Robert Górecki



Dodaj komentarz


Czytaj także

Dziecięce dusze

„Dziecięce dusze”, Christine Nightingale – to dość skomplikowane

Tym razem przychodzę do Was z książką „Dziecięce dusze”, Christine Nightingale – mistrzyni reiki, licencjonowanej psycholożki, nauczycielki, certyfikowanej hipnostki, aromaterapeutki i komunikatorki z duchowymi dziećmi.


Szpieg

„Szpieg” autorstwa Paula Coelho

Nosiła wiele imion: z domu Margaretha Geertruida Zelle, na Jawie była panią MacLeod, Niemcy nadali jej kryptonim H21… co się kryje pod jej postacią? Dawno nie czytałam żadnych książek Paula Coelho, ale cieszę się, że to właśnie „Szpieg” wpadł mi w ręce jako ostatnia książka przeczytana. Szczerze przyznam, że nigdy wcześniej nie słyszałam o Macie Hari, ale bardzo się cieszę, że dzięki autorowi miałam taką okazje.