Wywiad - Joanna Lampka

Jaką umiejętność chciałaby opanować do perfekcji Joanna Lampka?


Joanna Lampka, autorka serii „Mistrz Gry” oraz specjalistka od Szwajcarii prowadząca bloga blabliblu.pl opowiada o tym, jak zaczęła się jej przygoda z pisarstwem, co ją „nudzi” w ludziach, czy np. to, dlaczego lubi słuchać nadinterpretacji swoich historii.


[Zaczytany Książkoholik] Czy pamiętasz, co spowodowało, że chwyciłaś za „pióro” i zaczęłaś tworzyć swoją pierwszą książkę?
[Joanna Lampka] Zdefiniuj pierwszą książkę. U mnie pierwsza była non-fiction na temat Szwajcarii i wyszło to dość naturalnie. Ot, po prostu przyszedł czas na wydanie mini-esejów na temat emigracji, które tworzyłam na blogu.
Powieści natomiast to inna inszość. Od kiedy pamiętam, tworzyłam w głowie swoje światy. Tam uciekałam, gdy w moim życiu działo się źle lub po prostu było nudno. Od dziecka pisałam i marzyłam, więc utrwalenie na papierze tego, co siedzi w mojej głowie, było kwestią czasu.

[ZK] Od kilku lat mieszkasz w Szwajcarii. Dlaczego ona?
[JL] Wyjechałam do Szwajcarii za chłopakiem Szwajcarem. Nigdy nie planowałam emigracji, dobrze mi było w Krakowie, miałam pracę, firmę, przyjaciół, mieszkanie. Nawet gdy wyjechałam, przez pierwsze dwa lata byłam jedną nogą tu, drugą tam. Tym bardziej nie planowałam emigracji do Szwajcarii. Wcześniej przeżywałam różne językowe romanse, ale do głowy by mi nie przyszło, żeby uczyć się francuskiego. Tak, tak – mieszkam we francuskiej części Szwajcarii, nie w niemieckiej.
Co ciekawe, gdy byłam niepokorną nastolatką, w drodze na obóz do Francji zatrzymaliśmy się w Lozannie. Wysiadłam z autokaru i zamiast zwiedzać, zdrzemnęłam się w parku, taka byłam zainteresowana. Kto by powiedział, że kiedyś tam będę mieszkać!

[ZK] Prowadzisz bloga blabliblu.pl. Komu jest on dedykowany i jaką rolę ma odgrywać?
[JL] Blog powstał po to, żebym się ciągle nie powtarzała na piwie ze znajomymi. To miało być tak – „aaaaaaa, pytasz o szukanie mieszkania? Historia numer 427 i wszystko jasne!”. Dość szybko okazało się, że nie czytają mnie tylko znajomi, a wręcz znajomi mnie nie czytają, tylko obcy. Na początku pisałam śmiesznie, potem robiło się coraz bardziej poważnie, a na końcu stałam się specjalistką od Szwajcarii. Niby. Wciąż sama się nią nie czuję. Wciąż się uczę.
Obecnie blog działa jak stara, dobrze naoliwiona maszyna, która chodzi, bo została całkiem nieźle nakręcona. Zdaję sobie sprawę z tego, że czas jego świetności minął, choć ciągle ma czytelników i jest odkrywany w sieci. Mnie teraz bardziej kręci pisanie książek niż artykułów.

[ZK] „Mistrz Gry” to seria z gatunku fantastyki. Dlaczego akurat fantastyka? Czy brałaś pod uwagę inne gatunki literackie?
[JL] Nie wiem, jak inni autorzy tworzą książki, ale ja nigdy nie miałam w głowie „O! Napiszę fantastykę!” Może dlatego cykl jest raczej misz-maszem gatunkowym – od fantasy, przez sensację, romans, elementy kryminału do postapo. Jeśli natomiast chodzi o kreację bohaterów, znawcy gatunku wskazują bardziej na thriller psychologiczny niż dość schematyczne w tym względzie fantasy.
Co ciekawe, historia, którą opowiadam w „Mistrzu Gry”, mogła zostać napisana jako postapo. Mogłabym ją osadzić w hipotetycznej przyszłości w naszym świecie po wojnie atomowej.

[ZK] W rankingu lubimyczytac.pl „Mistrz Gry” posiada mocne 8,3 punkty na 10, czyli w ocenie czytelników seria jest rewelacyjna. Jakie uczucia/emocje towarzyszą Tobie, widząc tak dobre przyjęcie powieści wśród czytelników?
[JL] Cykl jest bardzo zero-jedynkowy – albo się go kocha na zabój, albo nienawidzi. Rzadko zdarzają się oceny letnie. Albo wskakujesz na główkę i uzależniasz się jak od serialu, albo po próbie przeczytania pierwszej części odpadasz. Najgorsze oceny ma pierwsza część – „Gwiazda Północy, Gwiazda Południa”, choć to nie jest bynajmniej tragedia (obecnie 7.9). Podejrzewam, że jeśli komuś się nie spodoba „Gwiazda…”, nie sięgnie po kolejne części. I stąd te dobre oceny.
Oj, przeczytałam to, co napisałam powyżej, i zauważyłam, że po kobiecemu zracjonalizowałam komplement. Jeszcze raz: cieszę się, że cykl ma świetne noty! Mimo, że są też złe oceny i nie należy o nich zapominać. O, nie! Znów to zrobiłam!

[ZK] Nie sposób o to zapytać: Jak długo mniej więcej trwa proces tworzenia powieści? Od jego pomysłu do momentu chwycenia książki w dłoni. Który moment w pracy twórczej jest dla Ciebie najtrudniejszy?
[JL] Samo spisanie powieści, rozumiejąc przez to wstukiwanie literek w komputer, nie trwa długo – może dwa – trzy miesiące. Drugie tyle zwykle trwa redakcja, poprawianie, zamiana szkicu w faktyczną książkę. I to ten etap jest najbardziej karkołomny i mozolny. Oprócz tego zwykle mniej więcej w połowie pisania przeżywam kryzys. Wydaje mi się, że wszystko to, co zrobiłam do tej pory, jest do bani. Potrzebuję wtedy oddechu i dystansu. Gdy rzucę świeżym okiem na materiał, zwykle wraca wena.

CO DECYDUJE O SUKCESIE?
Determinacja, talent, praca, łut szczęścia.

CO MOTYWUJE CIEBIE DO DZIAŁANIA?
Niestety chyba najbardziej motywuje mnie klepanie po plecach i zagrzewanie do boju jak konia przed wyścigiem.

FILM, KTÓRY WYWARŁ NA TOBIE NAJWIĘKSZE WRAŻENIE TO…
Tylko jeden? Niech będzie „Moulin Rouge” Baza Luhrmanna, choć lubię wszystkie filmy tego reżysera – ich teatralność, dramaturgię, symbolizm.

JAKĄ KSIĄŻKĘ Z DOTYCHCZAS PRZECZYTANYCH MOŻESZ POLECIĆ?
Tylko jedną? (Łapię się za głowę!) W takim razie odesłałabym do klasyków amerykańskiej literatury XX wieku, kogoś ze Straconego Pokolenia. Na przykład „Wielki Gatsby” Francisa Scotta Fitzgeralda.

NAJBLIŻSZY URLOP SPĘDZĘ…
W Grecji. Będę leżeć i marzyć. Nie sięgnę do komputera ani na moment (to solenna obietnica!).

CO CENISZ W LUDZIACH?
Lubię ludzi, którzy szybko wychodzą z grzecznościowego small talku do bardziej mięsistych tematów. Chcę gadać po nocach o ufoludkach, seksie, snach i krwi. Nudzi mnie „co u ciebie?”.

NIEZAPOMNIANE MIEJSCE?
Indonezja. Tam uczyłam się surfować, pisząc w głowie „Gwiazdę Północy, Gwiazdę Południa”.

KULTURA, W JAKIEJ POSTACI?
Każdej możliwej, od niskiej do wysokiej. Aczkolwiek nie cierpię snobizmu. Uwielbiam doszukiwać się wartościowych treści w popkulturze. Lubię smutek w radości, dramat w przemocy, miłość w nienawiści i wszelkie nieoczywiste smaczki.

JAKĄ UMIEJĘTNOŚĆ CHCIAŁABYŚ OPANOWAĆ DO PERFEKCJI?
Znikanie.

W CZASIE WOLNYM …
Piszę.

[ZK] Premiera powieści to zapewne dla pisarza bardzo wyczekiwany czas. Jakie emocje towarzyszyły Ci w trakcie premiery?
[JL] Zwykle nie mogę doczekać się momentu, gdy książka trafi do czytelników. Nie mogę się doczekać ich pierwszych reakcji – tych dobrych i tych złych. To szalenie motywuje do dalszej pracy. Lubię słuchać nadinterpretacji mojej historii – to oznacza, że książka żyje w umysłach czytelników. Sama data premiery nie ma dla mnie wielkiego znaczenia – to nie jest wielkie „bum”. No, może wielkim „bum” będzie premiera ostatniego tomu cyklu fantasy „Mistrz Gry”. Przez to, że to koniec pewnego okresu w moim życiu. No i wyjdzie szydło z worka, kto jest tym całym tajemniczym Mistrzem Gry.

[ZK] Kto z najbliższego otoczenia był pierwszym czytelnikiem Twojej debiutanckiej powieści, co nią było i z jaką opinią się wówczas spotkałaś?
[JL] Moja debiutancka powieść to pierwsza część cyklu „Mistrz Gry” – „Gwiazda Północy, Gwiazda Południa”. Książkę dałam kilku osobom, niekoniecznie najbliższym – po prostu takim, którzy wydawali mi się dobrymi recenzentami. No cóż, nie wszyscy się sprawdzili. Funkcja beta-czytelnika jest bardzo specyficzna. Trzeba być bardzo krytycznym, ale w konstruktywny sposób, a jednocześnie lubić to, co się czyta. Bo inaczej to jest droga przez katorgę. Wiem, bo próbowałam beta-czytać dzieła moich znajomych i polegałam. Niełatwa sprawa. Dobry beta-czytelnik jest na wagę złota.
A jeśli chodzi o opinię o pierwszej książce – nie było źle, było sporo zaskoczenia („TY tak potrafisz pisać?”), ale też wiele poprawek („żołnierze tak ze sobą nie gadają, pani pisarko!”).

[ZK] Czego w życiu się najbardziej boisz?
[JL] Kalectwa, fizycznej niemożności zrobienia czegokolwiek, utraty niezależności.

[ZK] Czego życzyłabyś sobie w nadchodzącym czasie?
[JL] Mam bardzo przyziemne pisarskie marzenia – żeby cykl „Mistrza Gry” wypłynął na szersze wody. Kropkę za ostatnim zdaniem postawiłam nie tak dawno temu i trudno mi się pogodzić z tym, że to już koniec. Reszta będzie się dziać w głowach czytelników.

Fot. Joanna Lampka
Grafika: Zaczytany Książkoholik


Dodaj komentarz


Czytaj także

Ewangelia według węgorza

Rozczarowanie? – „Ewangelia według węgorza”, Patrik Svensson

Książka z gatunku tych, które potrafią zaskoczyć, bo czy rzeczywiście może to być książka o węgorzu (Anguilla anguilla)? Ano może być. Pewnie każdy z nas wie, że węgorza to taka ryba, i zapewne dla większości z nas wiedza na temat tej ryby i ewentualnie tego, że wytwarza prąd, się kończy.


Dobry okres dla księgarni internetowych

Pandemia i przymusowa izolacja sprzyjały czytelnictwu. Polacy kupili w tym okresie zdecydowanie więcej książek niż zwykle.