Doktor Stranger

Magiczne potyczki Doktora Strange’a


Dzisiaj Stephen Strange jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych filmowych postaci na świecie, ale zaczynał jako zwykła zapchajdziura. Przy okazji niedawnej premiery „Doktora Strange’a w multiwersum obłędu” przeczytacie nie tylko o komiksowych losach Najwyższego Maga.

Pycha kroczy przed upadkiem, rzekł ponury los, karząc Stephena Strange’a, połamawszy mu paliczki, na czym ucierpiało narzędzie jego dumy i pracy. A tak po prawdzie to nie było żadne przeznaczenie, ale zwyczajna brawura, bo ten rozchwytywany chirurg o talencie, któremu dorównywało bodaj jedynie napompowane jak urodzinowy balon ego, pędził autem, dociskając pedał gazu do podłogi. Po wypadku jego dłonie drżały niczym dotknięte delirium, uniemożliwiając mu tym samym dalsze wymachiwanie skalpelem. To klasyczna historia o postawieniu kogoś do pionu, o pokorze, o tym, że – parafrazując i umilając znane powiedzonko – karma to istna sekutnica.

Bo Strange, choć niemalże zdolny wyleczyć nieuleczalne, nie kierował się bynajmniej poczuciem misji. Bardziej niż los pacjenta interesowało go wystawne życie za pieniądze wyszarpywane kosztem zdrowia drugiego człowieka, a przysięgę Hipokratesa złożył, niechybnie krzyżując za plecami palce. Tyle że samochodowa przygoda nie odjęła mu arogancji i buty – zamiast pozwolić innym korzystać ze swojej wiedzy, przepuścił majątek na nieskuteczne rehabilitacje, a kiedy skończył na ulicy, u jego boku nie pozostał nikt.

Strange musiał odbić się od dna, żeby dostrzec świat inny niż ten, który oglądał przez szybę swojego apartamentu. I to całkiem dosłownie, bo kiedy trafił do tybetańskiego mistrza magii, zobaczył dziwy niesłychane. Będąc u niego na istnym terminie, nauczył się nie tylko czarować – to jakby najmniej w tej opowieści istotne. Liczy się raczej to, że dojrzał, po prostu, obok siebie drugiego człowieka. Ale komiksy o Strange’u kryły więcej.

Postać potężnego czarodzieja, obrońcy Ziemi, stworzył Steve Ditko, i pierwotnie historyjka z jego udziałem była tylko wypełniaczem, który upchnięto latem 1963 roku na strony magazynu „Strange Tales”. Scenariusze pisał Stan Lee, żonglując bezczelnie podebranymi z mitologicznych podań nazwami i pomysłami wyciągniętymi z dopiero rodzącego się New Age’u, lepiąc to wszystko iście halucynacyjną narracją. Dzięki temu komiksy ze Strange’em prędko zdobyły popularność nie jako opowiastki dla dzieci, ale jako wyraz kontrkulturowego buntu.

Ditko rysował zamaszyście i fantazyjnie, dając popis swojej wyobraźni. Sięgał śmiało po psychodeliczny surrealizm, chwytając zeitgeist epoki, a kontynuatorzy jego dzieła nie dość, że nie wycofali się okoniem, to kontynuowali ten kierunek, starając się przebić mistrza. Dość powiedzieć, że scenarzysta Steve Englehart i rysownik Frank Brunner — którzy stworzyli, między innymi, postać Shumy-Goratha, potężnej istoty o mięsistych mackach, inspirowanej dziełami Roberta E. Howarda i Howarda Phillipsa Lovecrafta — rozpisali, można by powiedzieć, historię chrześcijańskiego Boga, za co doczekali się reprymendy od Stana Lee. Komiksy ze Strange’em wydawane są od tamtej pory, a czarodziej przeżył tyle, że nie sposób teraz byłoby tego wszystkiego spisać. Lecz pewne rzeczy są jednak niezmienne.

Po powrocie z Tybetu nieprzypadkowo Strange osiadł w nowojorskim Greenwich Village, wtedy manhattańskim centrum artystycznym i kontrkulturowym, gdzie, razem z wiernym Wongiem, miał oko na świat nasz i nie nasz, wypatrując mistycznych zagrożeń przez charakterystyczny wykusz swojego Sanctum Sanctorum. Prócz Shumy-Goratha, który przewija się przez zwiastun nowego filmu, najczęściej Strange ścierał się z baronem Mordo, adeptem szkoły czarnej magii, niegdyś również uczniem tego samego mistrza, i z Dormammu, bogiem tyranem z innego wymiaru.

Mając pod ręką rozliczne artefakty, Strange nie rozstaje się praktycznie z Okiem Agamotto, magicznym amuletem pozwalającym mu i na rozproszenie iluzji, i na otwarcie bramy między wymiarami, oraz z Peleryną Lewitacji, której nazwa mówi sama za siebie. No i, choć nieodwołalnie porzucił stare życie na rzecz praktykowania magii, pan doktor niekoniecznie skreślił dawnego siebie. I to jest w tej postaci ciekawe, że Strange, choć jego serce bije po dobrej stronie, nadal bywa zarozumiałym próżniakiem, któremu ego przysłania rozsądek. Wystarczy spojrzeć na jego wymuskaną bródkę.

Benedict Cumberbatch to casting niemalże idealny, z czym trudno się wykłócać, lecz nie on pierwszy przywdział magiczną pelerynę. Rok 1978 przyniósł pierwszy film o Strange’u, z Peterem Hootenem jako Najwyższym Magiem. Był to zaledwie pełnometrażowy pilot potencjalnego serialu telewizyjnego, bo wtedy Marvel ledwie miał parę na próbę podboju małego ekranu. Lecz ten ociężały, nudnawy i przeciągnięty film nie spodobał się ani decydentom ze stacji CBS, która emitowała już serialowe przygody Hulka oraz Spider-Mana, ani telewidzom. Niewiele lepiej poradził sobie „Doktor Mordrid” z 1992 roku, który narodził się jako adaptacja komiksu, ale zanim rozpoczęto zdjęcia, studio produkcyjne straciło prawa do Strange’a, dlatego przepisano scenariusz i pozmieniano postaciom imiona. Tytułowego bohatera zagrał kultowy aktor Jeffrey Combs.

Filmy z MCU oczywiście remiksują to i owo, ale samo odkrywanie podobieństw i różnic między komiksowymi oryginałami, które same przecież ciągle fundują istny przekładaniec, a filmami daje sporo frajdy. Bo jest z czym porównywać. Egmont wydał na naszym rynku zarówno serię napisaną przez Jasona Aarona, jak i te ze scenariuszami Marka Waida i Donny’ego Catesa, które są idealne na rozpoczęcie przygody ze Strange’em, jako że to albumy wydawane pod szyldami Marvel Now 2.0 i Marvel Fresh. Ich próg wejścia jest przyjazny nawet i dla niezaznajomionych z poprzednimi przygodami maga. Ale można, a nawet trzeba, zapoznać się z klasykami, szczególnie że prócz albumu „Doktor Strange. Początki i zakończenia”, który jest istną pigułką wszystkiego, co należy o tym superbohaterze wiedzieć, wyszło u nas imponujące swym rozmiarem, opasłe tomiszcze zatytułowane po prostu „Doktor Strange”, zawierające oryginalne komiksy Steve’a Ditko i Stana Lee. Wydatek może niemały, lecz to kawał historii Marvela.

Tymczasem „Doktor Strange w multiwersum obłędu”, wyreżyserowany przez autora sukcesu filmowego Spider-Mana i twórcę „Martwego zła”, Sama Raimiego, zbiera niezłe recenzje, co nie powinno dziwić, jako że Strange został nieformalnie namaszczony na centralną postać tego kinowego uniwersum. Tak zwana Faza Czwarta jest już prawie na półmetku, stąd sporo zależy od tego, jak zostanie ten film przyjęty. I ile zarobi. Doktor Strange znowu ma na barkach losy świata.

Źródło, zdjęcie: https://lubimyczytac.pl/magiczne-potyczki-doktora-strange-a


Dodaj komentarz


Czytaj także

Dzień, który zmienił wszystko

Zapada w pamięć – „Dzień, który zmienił wszystko”, Leigh Sales

Leigh Sales jest dziennikarką od dwudziestu pięciu lat a obserwowanie tragedii, jakie przytrafiają się przypadkowym ludziom, bez względu na kulturę, kolor skóry czy np. wiarę, jest częścią jej pracy. Widząc na co dzień sporo śmierci, z czasem zaczęła skłaniać się ku scenie politycznej – łatwiej radzić sobie z takimi tragediami niż tymi życiowymi.


Michał Biarda, Królik w Lunaparku, zaczytanyksiazkoholik.pl

Koniecznie od deski do deski – „Królik w lunaparku” autorstwa Michała Biardy

To powieść, która powinna zaspokoić wymagającego czytelnika obyczajówek, fantastyki czy też young adult. Z okładki patrzy na nas wściekły królik z czerwonymi oczami na tle wesołego miasteczka a Alek Rogoziński wręcz krzyczy „emocjonalny rollercoaster!” O co chodzi z tym królikiem?