Joanna Tekieli, Szlak srebrnych mgieł, zaczytanyksiazkoholik.pl

„Szlak Srebrnych Mgieł”, Joanna Tekieli


To dobry czas, by wyruszyć dosłownie lub w przenośni na własny szlak.

Szlak Srebrnych Mgieł miał być wyprawą życia dla Beaty i Witka. Los chciał jednak inaczej, a z pięknych planów pozostały zgliszcza. Jej ukochany mąż Witek, druga połowa pomarańczy, ginie w wypadku samochodowym. Zostaje ból, pustka, samotność i tęsknota za ukochanym.

Co noc Beata śni, że razem z mężem przemierzają urzekający Szlak Srebrnych Mgieł. Wreszcie kobieta podejmuje wyzwanie i wyrusza w podróż, by w rocznicę ślubu stanąć nad Kruczym Wąwozem.

Czy starczy jej odwagi i determinacji, by osiągnąć cel? Czy na szlaku odnajdzie wewnętrzny spokój?

Nie szukajcie Szlaku Srebrnych Mgieł na mapach, w przewodnikach i w internecie. Nie znajdziecie go tam. Każdy z nas ma swoją własną drogę. Przemierzamy ją przez całe życie i tylko od nas zależy, czy spotkamy na niej krystalicznie czyste jeziora, polany pełne kwiatów, srebrne mgły, zachwycają ce wschody i zachody słońca, konstelacje gwiazd i dzikie konie.


Joanna Tekieli jest autorką lubianego cyklu książek, których akcja rozgrywa się w drzewieckim pensjonacie Leśna Ostoja. „Szlak Srebrnych Mgieł” to pierwsza powieść jej autorstwa, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Szara Godzina. Joanna Tekieli kocha książki, kawę i górskie wędrówki.



Fragmenty powieści:

I

Ze Szlaku Srebrnych Mgieł roztaczały się oszałamiające widoki, które poruszały do głębi. Cała dolina aż po horyzont pokryta była kolorowym kobiercem łubinów, a wzgórze porastały wysokie białe kwiaty, których nazwy Beata nie znała. Wiedziała tylko, że są zachwycające, a ich subtelne płatki i postrzępione listki wyglądają jak małe dzieła sztuki. Wiatr kołysał nimi delikatnie, dzięki czemu wydzielały zapach tak intensywny i upajający, że aż kręciło się jej w głowie. Na szczęście miała przy sobie Witka – jego silna dłoń obejmowała jej talię, dając poczucie bezpieczeństwa. Odurzeni tą wonią, zaczarowani błękitem nieba i zielenią traw stali tak blisko siebie, że słyszała szybkie bicie jego serca. Beata czuła się tak szczęśliwa, jak jeszcze nigdy w życiu.
– Boże, jak tu pięknie! Miałeś rację, warto było – szepnęła do Witka, a on uśmiechnął się w ten swój niesamowity sposób, który zawsze, nawet wiele lat po ślubie, sprawiał, że miękły jej kolana. Jasne włosy Beaty rozwiewał ciepły wiatr, który niósł w sobie aromat żywicy, łubinów i ziół. Tak pachnie lato – pomyślała. I tak pachnie miłość.

Kiedy się obudziła, długo leżała z zamkniętymi oczami, próbując zatrzymać pod powiekami ten obraz. Jeszcze przez chwilę miała wrażenie, że wciąż widzi promienny uśmiech męża, ale odgłosy poranka nieubłaganie wkradały się w jej podświadomość, nie pozwalając ponownie zapaść w sen, w którym była tak bardzo beztroska. Otworzyła oczy i spojrzała w okno. Wstawał piękny, słoneczny dzień. Złote promienie wciskały się pomiędzy zaciągnięte rolety, rozjaśniając wnętrze jej sypialni. Usiadła na łóżku i poczuła, że pod powiekami zbierają się łzy. Kontrast pomiędzy jej życiem a tym, co przeżyła we śnie, był tak wielki, że wolałaby nigdy się nie obudzić.
Po co to wszystko? – pomyślała.
Byli z Witkiem małżeństwem przez dziewięć lat. Udanym małżeństwem, w którym oboje czuli się bezpieczni i spełnieni, mimo że nie mieli dzieci. Była to ich świadoma decyzja – do końca chcieli pozostać dla siebie najważniejsi i jedyni. Z nikim nie chcieli się dzielić, pielęgnowali swoje szczęście tylko we dwoje i w zupełności wystarczali sobie nawzajem. Gdy minęła ich dziewiąta rocznica ślubu, od razu zaczęli planować, jak będą obchodzić cynowe gody. Marzyli, aby ta symboliczna, okrągła, dziesiąta rocznica była wyjątkowa i niezapomniana. I może za bardzo się na to nastawiali, za wiele oczekiwali? Los nie lubi, jak się robi zbyt dalekosiężne plany – pomyślała z bólem Beata, wspominając ostatnie miesiące.


II

Sny o Szlaku Srebrnych Mgieł nawiedzały ją coraz częściej. Czekała na nie z utęsknieniem, bo dawały jej chwile szczęścia i bliskości. Traktowała je jak nagrodę za jej wierność i pamięć. Miała wrażenie, że tylko nadzieja na sen, w którym znów powędruje u boku Witka wśród pięknych kwiatów i krystalicznie czystych strumieni, dodaje jej sił do przetrwania kolejnego dnia. Poza tym wciąż czuła, jakby umarła razem z mężem. Została tylko pusta powłoka. Przed ludźmi udawała, że pogodziła się z tym, co ją spotkało, a potem wracała do domu i znów stawała się martwa. Nauczyła się zachowywać pozory normalnego życia, żeby uśpić czujność otoczenia.
– Powinnaś znów zacząć spotykać się z ludźmi – powiedział pewnego dnia teść, więc Beata od czasu do czasu zostawiała na wierzchu w mieszkaniu jakieś bilety do kina lub folder z muzeum albo nie odbierała telefonu i oddzwaniała po jakimś czasie, mówiąc, że była w teatrze.
– Chyba nie będziesz do końca życia nosić żałoby? Rok to za długo! – stwierdziła koleżanka z pracy, więc Beata znów zaczęła nosić kolorowe kostiumy.
– Strasznie jesteś blada, źle wyglądasz – martwiła się teściowa, więc kupiła podkład i róż i codziennie się malowała. Tylko nocami, kiedy łaskawy los zsyłał jej kolorowe sny o Szlaku Srebrnych Mgieł, ożywała, śmiała się i oddychała pełną piersią. Dwunastą rocznicę ślubu z Witkiem Beata spędziła na cmentarzu, siedząc przy grobie i wpatrując się w czarny granit.
– Tak bardzo bym chciała leżeć tutaj obok ciebie – szepnęła.
– Nie mam już siły, kochany…
Tego wieczoru znów poczuła pokusę, żeby skończyć z życiem, ale zabrakło jej odwagi. Nie potrafiła sama się okaleczyć, a bała się, że tabletki nie zadziałają dostatecznie szybko, że ktoś coś zauważy, wezwie pogotowie i przywrócą ją do życia. Wiedziała, że wtedy teściowie zrobią wszystko, żeby zapobiec kolejnej próbie. Już teraz patrzyli na nią z niepokojem i coraz częściej wspominali o terapii. Zamkną mnie w jakimś psychiatryku i ubezwłasnowolnią… Położyła się do łóżka, tuląc do siebie poduszkę Witka. Nocą ponownie znalazła się na szlaku, ale tym razem wszystko było bardziej tajemnicze, niejasne, nierzeczywiste. Witek wydawał się jej jakiś daleki, znów stał po przeciwnej stronie Kruczego Wąwozu, machał do niej i wołał coś, czego nie była w stanie usłyszeć. Wokół niego unosiły się płatki białych i różowych lilii, wirowały na wietrze, wplątywały się w jego włosy. Wyglądał na bardzo szczęśliwego – jego śmiech niósł się po całej dolinie i odbijał się echem od wapiennych skał. W pewnym momencie rozłożył szeroko ręce, jakby zapraszał ją, by padła mu w ramiona, nie zważając na to, że dzieli ich przepaść. Beata obudziła się i jak zawsze spojrzała na ślubne zdjęcie. Tym razem w uśmiechu Witka było coś oczekującego i krzepiącego, co dodało jej sił i pokazało właściwą drogę. Stanęła przed lustrem w łazience i umyła twarz, a potem nałożyła makijaż, żeby zamaskować cienie pod oczami i poszarzałą cerę. Tego ranka jednak nie dostrzegła w swoich oczach tej samej co zwykle pustki – czaił się w nich jakiś błysk, który rozpaliła ta odkryta kilka dni wcześniej iskra. Znalazła nowy cel i ta świadomość dodała jej skrzydeł.
– Pod koniec sierpnia chciałabym wziąć cztery tygodnie urlopu – powiedziała do szefowej.
Kobieta spojrzała na nią zaskoczona, jakby fakt, że pracownica, która od wielu miesięcy wygląda jak zombie, mogła myśleć o czymś takim jak wakacje. Uśmiechnęła się jednak i kiwnęła głową.
– Niby preferujemy dwutygodniowe urlopy, ale dla pani, pani Beatko, zrobię wyjątek – powiedziała. – A gdzie to się pani wybiera na tak długo?
– Jadę do Ameryki, do luksusowego hotelu – skłamała. – Potrzebuję odpoczynku i relaksu!
– O tak, na pewno dobrze to pani zrobi. Wersję o luksusowym hotelu powtarzała wszystkim znajomym, a także teściom, bo bała się, że gdy usłyszą o jej planach, będą próbowali je wyperswadować. Nie chciała się z nikim kłócić ani przekonywać do swoich racji – nie miała na to sił. Chciała tylko podążyć Szlakiem Srebrnych Mgieł i w trzynastą rocznicę ślubu stanąć nad Kruczym Wąwozem.


III

Do miejsca, które Harry uznał za odpowiednie, szli przez kilka godzin, jednak Beata nie czuła zmęczenia, bo temperatura sięgała dwudziestu stopni i wiał lekki wiatr, który niósł zapach żywicy i sprawiał, że wędrówka była prawdziwą przyjemnością. Ścieżkę otaczały sosny, których intensywna zieleń współgrała z granatową barwą drobnych owoców rosnących w ich otoczeniu. Ta droga powrotna jest jak ze snu – pomyślała w pewnym momencie Beata. Jakby była nagrodą za trud wędrówki do Finish Line. I jakby cały świat próbował mi powiedzieć, że dokonałam właściwego wyboru. I że jednak warto żyć dalej. Nie po raz pierwszy podczas tej wyprawy poczuła, że da sobie radę, a jej życie jeszcze wróci na dobry kurs, jednak tym razem poczucie to graniczyło z pewnością. Patrzyła na piękno, które ją otaczało, jakby odkrywała świat na nowo i jakby na nowo uczyła się nim zachwycać. W końcu dała sobie prawo do odczuwania radości z przebywania w tak wspaniałym miejscu i oglądania cudów natury, a wszystkie jej zmysły, uśpione do tej pory, zachłannie chłonęły te doznania. – Tutaj zanocujemy – oznajmił Harry, zatrzymując się na polance pośród sosen. – Będziemy mieć piękne zapachy i osłonę przed wiatrem, który w nocy ma dość mocno wiać. Kiedy zaczęli przygotowywać obóz, usłyszeli dziwny odgłos.
– Ktoś krzyczy? – zapytała Beata, rozglądając się z niepokojem. Harry nasłuchiwał przez chwilę i pokręcił głową.
– To chyba zwierzę…
Bez wahania ruszył w kierunku, skąd dobiegał dźwięk. Beata poszła za nim, choć wydawany przez stworzenie krzyk przyprawiał ją o szybsze bicie serca. Dziwny skrzekliwy głos słyszeli coraz bliżej. Był pełen paniki i przerażenia. Przedarli się przez kępę gęstych krzaków i wyszli na niedużą polanę, na której zauważyli miotający się szaleńczo spory kawałek materiału. Jeden fragment zahaczony był o gałąź drzewa, przez co zwierzę, które zaplątało się w tkaninę, nie mogło się wydostać. Szarpało się rozpaczliwie i wydawało pełne lęku piski.
– To chyba osłonka przeciwdeszczowa od czyjegoś plecaka – mruknął Harry, zbliżając się ostrożnie. Nie był pewien, jakie zwierzę utkwiło w tej pułapce, a nie chciał się narażać na ponowne spotkanie z wydzieliną skunksa. Wyciągnął nóż, naprężył materiał i naciął go od góry, po czym błyskawicznie odskoczył jak najdalej. W dziurze na moment pojawiła się szara łapka i odetchnął z ulgą.
– Zając – powiedział i warknął coś pod nosem na temat ludzi zostawiających po sobie śmieci. – Nie bój się, mały, zaraz będziesz wolny – dodał uspokajająco, ale zwierzak chyba go nie rozumiał,
bo miotał się jeszcze bardziej, a przy tym piszczał.
– Mogę jakoś pomóc? – zapytała Beata.
– Przytrzymaj z tej strony. – Wskazał płachtę.
Chwyciła sztywny materiał i pociągnęła do siebie, a Harry znów przyłożył ostrze. Tym razem udało się zrobić większy otwór, więc Harry odciął jeszcze linkę, która zahaczyła się o drzewo, i przytrzymał ją w dłoniach.
– Teraz powinien już sobie sam poradzić!
Zając szarpał się jeszcze przez kilka sekund, ale w końcu udało mu się uwolnić. Pognał w krzaki tak szybko, że nie zdążyli nawet mrugnąć. Harry zwinął osłonkę plecaka i zabrał ją razem z porzuconą pod drzewem puszką po piwie i opakowaniem po chipsach. Kiedy już wrócili w miejsce, gdzie zostawili bagaże, upchnął śmieci w kieszonce plecaka, klnąc pod nosem.
– Strasznie mnie to wkurza – powiedział. – Z jednej strony ktoś, komu wędrowanie w takim miejscu sprawia przyjemność, nie może być totalnym kretynem, a z drugiej nie wierzę, że osoba mająca więcej niż jedną szarą komórkę w mózgu może tak po prostu zostawiać po sobie śmietnik. Beata tylko kiwnęła głową. Wciąż jeszcze przeżywała tak bliskie spotkanie z dzikim zwierzęciem. Kiedy trzymała płachtę, przez moment poczuła pod palcami jego ciało. Ten kontakt trwał zaledwie ułamek sekundy, ale zdążyła wyczuć jego drżenie i rozpacz. Zjedli kolację i położyli się po dwóch stronach ogniska, choć nie chciało im się spać. Leżeli w zapadających ciemnościach, patrząc w gwiazdy i słuchając odgłosów lasu. Coś szurało w zaroślach, strzeliła złamana gałązka, zaskrzeczał jakiś ptak, rozległo się pohukiwanie puszczyka. W końcu Harry zaczął miarowo oddychać, a Beata nadal czuwała, choć dochodzące z lasu szelesty i pomruki nie wzbudzały jej niepokoju. Już tyle nocy spędziła pod gołym niebem, że oswoiła się z tą ogromną przestrzenią i świadomością, że są tutaj, na tym rozległym terenie, zupełnie sami, zdani na siebie. To sprawiło, że Harry stał się jej bliski, choć zazwyczaj potrzebowała o wiele więcej czasu, żeby komuś zaufać. To chyba normalne, że takie niezwykłe przeżycia, wspólny wysiłek i wędrowanie zbliżają ludzi – myślała. Bała się przyznać przed sobą, że z Harrym łączy ją coś więcej niż tylko braterstwo piechurów, bo zdradziłaby tym Witka. Zanim jednak zasnęła, długo rozmyślała nad tym, co usłyszała od Harry’ego. Schronisko dla starych zwierząt wydawało jej się wspaniałym pomysłem. Można się czuć potrzebnym, mieć cel w życiu. Może ja też zorganizuję coś takiego, kiedy już wrócę do kraju? Na przykład w Gorcach albo w Bieszczadach? Przecież od lat panuje moda na wyjazdy na wieś i rozpoczynanie tam nowego cudownego życia… To była ostatnia myśl, zanim zasnęła.

Źródło: Wydawnictwo Szara Godzina


Tytuł: Szlak Srebrnych Mgieł
Autor: Joanna Tekieli
Wydawnictwo: Szara Godzina
Data wydania: 07-10-2020
Ilość stron: 288
Oprawa: miękka
Cena okładowa: 34,90 zł


Dodaj komentarz


Czytaj także

Katarzyna Mak, Garść miłości, okruchy szczęścia, zaczytanyksiazkoholik.pl

„Garść miłości” autorstwa Katarzyny Mak – Lubię to!

On i ona, Filip i Helena. Ona czuje się skrzywdzona przez męża, który ją zdradził, on nie wierzy w prawdziwą miłość i zmienia dziewczyny jak rękawiczki. Los jednak lubi płatać figle i w Międzyzdrojach przecina drogi tych dwojga. Historia wydaje się na pozór prosta, ale czytając, natrafiamy na sporo dodatkowych – że tak ujmę – atrakcji, które zmieniają diametralnie książkę, z sielankowej na taką, gdzie akcja goni akcję.


Mały Oświęcim. Dziecięcy obóz w Łodzi

„Mały Oświęcim. Dziecięcy obóz w Łodzi”, Jolanta Sowińska-Gogacz, Błażej Torański

Obóz przy ulicy Przemysłowej – obóz koncentracyjny dla polskich dzieci, utworzony na terenie łódzkiego getta. Trafiały tam dzieci od drugiego do szesnastego roku życia. Zmuszano je do pracy ponad siły, bito, głodzono i „wychowywano” morderczymi ćwiczeniami czy polewaniem zimną wodą i zmuszaniem do stania na mrozie.